Karol & Teresa - rzecz o nadprodukcji świętych


Niełatwo być dziś świętym. Nie w grzesznych czasach XXI wieku - jak mogliby sądzić niektórzy. Poglądu tego nie podziela jednak obecny papież Jan Paweł II. Facet ten, w rzemiośle kanonizacji, pobił wszelkie rekordy. Za jego pontyfikatu aureolką ozdobiono już nie mniej, niż 474 osoby. Tak więc na poziom watykańskiej produkcji z pewnością nie można się skarżyć. Karol Wojtyła jawi się nam oto jako entuzjastyczny lider rynkowy w swej specyficznej branży – produkcji świętych.

Umieściwszy zjawisko nadprodukcji świętych w szerszym spektrum, nie da się nie zauważyć, iż Jan Paweł II wyniósł na ołtarze więcej osób niż wszyscy jego poprzednicy razem wzięci przez ostatnie 2000 (słownie: dwa tysiące) lat! Mało tego, pomimo swego zaawansowanego wieku i wątłego zdrowia nie wygląda na to, by zechciał on porzucić swoje zawodowe obowiązki. Obecnie planuje awansowanie na świętą Matki Teresy z Kalkuty, która zeszła śmiertelnie raptem sześć lat temu.

Tak oto ujawnia się nam sekret imponującego, rekordowego poziomu produkcji świętych. Choć w zasadzie żadna z tego tajemnica. Papież stara się jedynie zastosować wypróbowane już wolnorynkowe metody – tzw. „speed-up”. W momencie, gdy wszystko zaczyna iść źle, gdy pojawiają się pierwsze symptomy sytuacji kryzysowej, dobry przedsiębiorca zaczyna zwiększać/przyspieszać produkcję. Obecne okoliczności są tego doskonałym potwierdzeniem. Sięgnijmy na chwilę wstecz i weźmy taką Joannę d’Arc na przykład. Biedaczka musiała czekać na swą aureolę 600 lat. A teraz? Teraz Matka Teresa zostanie obsłużona w ciągu zaledwie sześciu. Ludzie! To oznacza wzrost wydajności o całe 10 000 procent!

Podstawową przyczyną, która powodowała tak olbrzymie opóźnienia była procedura kwalifikacyjna. By zasiąść na miękkiej chmurce w Niebie, z kółkiem wokół czerepu, trzeba było spełnić szereg wymagań. Po pierwsze, konieczne było nienaganne CV. Jakieś „good story”, które przyciągnęłoby uwagę ludzi i ewentualnie skłaniało do jakichś mistycznych rozważań. Po drugie – i tu zaczynają się schody – potrzebny był dowód na cud, który stał się udziałem kandydata/kandydatki. I w końcu po trzecie – choć wcale nie najmniej ważne – poparcie papieża.

Dawniej ludzką egzystencję cechowała nieco mniejsza doza ogólnego dynamizmu. Tempo życia było po prostu inne – przede wszystkim dużo wolniejsze. Nikt nie słyszał o jakichś bonusach wynikających z przyrostu wydajności produkcji, zaś papież jako taki trzymał lukratywną posadę windziarza, który wysadzał nieboszczyków na ostatnim piętrze zaopatrując ich w akcesoria świętych i odprawiając nudnawe, acz pompatyczne ceremoniały. Nie było żadnych dodatkowych usprawnień, które użyte dziś, z zacnego pana w dźwigu przyciskającego zdobione guziki uczyniły papieża nadzorcą produkcji przy taśmie. Kiedyś cały proces obarczony był ciężkostrawną procedurą biurokratyczną. Wszystkie te testy, badania, potwierdzenia i wywiady, które miały udowodnić cud wokół kandydata na świętego i zweryfikować, czy materiał dowodowy zadowala watykańskie gremium czy też nie, zostały usunięte. Przyznać uczciwie trzeba, że był to bowiem czynnik awersyjny sporego ciężaru gatunkowego. Tłumaczy to, dlaczego tak niewielu udało się dostąpić zaszczytów świętości.

I oto nadszedł czas Karola Wojtyły – prawdziwego modernizatora o przedsiębiorczej osobowości, zorientowanego na biznes i walkę o rynki charyzmatycznego lidera firmy. Faceta, który doskonale odnajduje się w zmieniającej się szybko rzeczywistości XXI wieku. Faceta, który wie co robić. Dokonał ów natychmiastowych przetasowań – uelastycznił procedury, twardą ręką zgniótł biurokratyczną narośl, uczynił cały interes bardziej otwartym na wolnorynkowe „know-how”. Aprobata cudów odbywa się w tej chwili w trybie hurtowym, a poziom produkcji przeszedł najśmielsze oczekiwania nawet niektórych watykańskich notabli. Sceptyczni maruderzy są jednak konsekwentnie odsuwani od pełnienia odpowiedzialnych funkcji.

Matka Teresa zaś jest - jak powszechnie wiadomo - bratnią duszą obecnego władcy Watykanu. Oboje pochodzą z Europy Wschodniej (papież z Polski, a MT z Albanii). Oboje reprezentują zoologiczny antykomunizm, obu łączą przejściowe flirty z najbardziej reakcyjnymi indywiduami światowej sceny politycznej i w końcu oboje są zagorzałymi obrońcami najbardziej wstecznego betonu w kościele katolickim, fanatycznie sprzeciwiającego się wprowadzeniu mechanizmów kontroli urodzin.

Matka Teresa zwierzyła się kiedyś publicznie w następujący sposób: „jeśli matka może zamordować swoje własne dziecko i to jeszcze w jej łonie, to co mogłoby powstrzymać nas wszystkich przed mordowaniem się nawzajem?” Zapomniała jednak nasza aspirująca obecnie na świętą dodać kilku subtelnych uwag, które wiążą się z tym zjawiskiem w sposób nieodzowny. Nie powiedziała bowiem, że w Indiach miliony dzieci rodzą się by potem egzystować (bo życiem trudno to doprawdy nazwać) w skrajnej nędzy i głodzie, by doświadczać na sobie wszystkich możliwych epidemii – w warunkach, dzięki którym wylądują w mogiłach bardzo prędko. To też jest morderstwo! To premedytowana zbrodnia kapitalizmu, który – dodajmy – ona i jej kolega Wojtyła całopalnie wspierają.

Normalne warunki społeczne – bez głodu, nędzy i chorób – wyeliminowałyby potrzebę aborcji. Aborcja nie była by także konieczna, gdyby środki antykoncepcyjne stały się towarem łatwo dostępnym dla każdego potrzebującego. Sprzeciwiając się antykoncepcji katolicki establishment sam stwarza warunki, które zmuszają zdesperowane kobiety do przerwania ciąży. Zaznaczmy jednak, że świat aborcji wykazuje schizofreniczny dualizm. Z jednej strony mamy świat córek z dobrych i bogatych domów, którym przydarzy się czasem jakiś „wypadek”; z drugiej zaś świat biednych obywateli tej czy innej ziemi. Scenografię tego pierwszego stanowią higieniczne gabinety ginekologiczne i doskonale wyposażone prywatne kliniki. Resztę zaś czeka wizyta w obskurnych pokojach, gdzie jakaś podstarzała ignorantka bawi się brudnymi igłami i nożami zadając straszliwy ból i cierpienie, niejednokrotnie śmierć.

Cała lewica, zwłaszcza ta socjalistyczna, stoi konsekwentnie po stronie uciskanych i biednych. Jesteśmy za totalną likwidacją nędzy i wyzysku, która czyni opisane wyżej horrory nieodzownymi. Podobnie jak jesteśmy za prawem kobiety do decydowania o własnym ciele w sposób, który sama uzna za odpowiedni. Antykoncepcja i edukacja seksualna wolne od religijnego bełkotu są pierwotnymi warunkami wykształcenia cywilizowanego stosunku pomiędzy kobietami i mężczyznami, a także równości płci. Ci, którzy się temu sprzeciwiają działają de facto przeciwko najbardziej upośledzonym społecznie warstwom. Takie postawy sprzyjają poszerzaniu się obszarów nędzy, społecznego ubezwłasnowolnienia kobiet i szerzeniu się chorób przenoszonych drogą płciową. W kontekście tak biednego kraju, jakim są Indie, jest to po prostu czynem kryminalnym.

Według gorliwie prezentowanej przez media historyjki Matka Teresa była prawdziwą świętą już za życia. Uzdrawiała chorych przy pomocy jakichś bliżej nieokreślonych cudów, wspomagała umierających, dbała o biednych. Wszystko to czyniła w upiornej rzeczywistości trawionej nędzą Kalkuty. Mit ów zawdzięczamy przede wszystkim dokumentowi filmowemu z 1968 roku pt. „Matka Teresa z Kalkuty”. Był to chyba pierwszy w historii kinematografii sfilmowany „cud”.

Człowiek odpowiedzialny za powstanie tego „dzieła” – Malcom Muggeridge – to dobrze znany na zachodzie ultra-prawicowy Brytyjczyk, reakcyjny do bólu katolicki fanatyk. Nie jest wykluczone, że pan Muggeridge sam wierzył w brednie, które przedstawiał. Jeśli ktoś wybiera się do Kalkuty w celu znalezienia jakiegoś świętego, to z pewnością się mu on napatoczy, może nawet nie jeden. Choć z drugiej strony możliwe, że dał się zmanipulować. Tematyka, którą podjął jest bowiem obciążona dość dużym balastem powszechnego zabobonu i propagandy. Bądź co bądź niełatwo w takich okolicznościach pokusić się o prawdę i stwierdzić publicznie, że Matka Teresa zawsze była typem przebiegłej businesswoman. Oczywiście od roku 1968 fakty przedstawione w tym filmie zostały wielokrotnie zweryfikowane.

Beatyfikacja Matki Teresy opiera się przede wszystkim na przypadku cudu, który rozegrał się na organizmie Moniki Besra – śmiertelnie chorej hinduskiej chłopki. Cudu dość kontrowersyjnego. Jest oczywiście kilka takich przypadków cudu, które nawet obecnemu watykańskiemu zarządcy wydają się bardzo wątpliwe. Przykładem tegoż może być paranoiczny schizofrenik z Wielkiej Brytanii – Norman Imms, który upiera się, że z choroby psychicznej wyleczyła go wizja Matki Teresy. Doświadczyć jej miał pewnego przemiłego wieczoru. Wróćmy jednak do przypadku Moniki Besra. W 1997 roku była ona tak chora, że jej rodzina zmuszona była sprzedać całą swoją ziemię, by zdobyć środki na jej leczenie. W końcu znalazła się ona w jednym z indyjskich szpitali, by tam dokonać żywota. W jej żołądku wyrosła cysta wielkości dojrzałego melona. Lekarze postawili diagnozę - gruźlicze zapalenie opon mózgowych i stwierdzili, że są wobec tej przypadłości bezradni. Nie pomagały żadne leki. I tu z pomocą przyszły jakieś zakonnice, które znalazły dużo bardziej efektywną metodę radzenia sobie z tym problemem. Przytwierdziły one do brzucha chorej medalion Matki Teresy z czarną nitką i zaczęły się modlić. Następnego ranka, jeśli wierzyć Monice i zakonnicom, cysta zniknęła.

Lekarze niedowierzali. Guz takiej wielkości nie znika pomiędzy piątą popołudniu i pierwszą nad ranem. Ich sceptycyzm wynika także z faktu, że sama Monika Besra nie miała dość wiary w uzdrawiającą moc medalionu i modlitw, i cały czas przyjmowała leki. Podejrzewali ewidentne oszustwo zarówno ze strony pacjentki jak i zakonnic wokół niej skupionych.

Dlaczego jednak ktoś miałby kłamać w takiej sprawie? Cóż, cudy są ostatnio „trendy”, a to oznacza niezły biznes. Wiele osób przybędzie teraz do tego szpitala szukając ratunku. To z kolei oznacza zwiększoną sprzedaż usług, więcej dotacji, więcej inwestycji itd. Zresztą, czy cud lub dwa mogą komuś wyrządzić jakąś krzywdę?

Okazuje się że mogą. Czyż nie jest zbrodnią szerzyć wśród biednych i niewykształconych ludzi przekonania, że to czego potrzebują to nie nowoczesne leki w normalnej cenie, lecz modlitwa i cierpienie? Taka propaganda nie tylko nie pomaga tym ludziom rozwiązać ich problemów zdrowotnych, ale też stwarza kolejną barierę na drodze zrzucenia jarzma skrajnej nędzy, w jakiej przyszło im żyć. Spycha ich jeszcze dalej w otchłań mentalnego i fizycznego zniewolenia.

Sumita Kumar – rzecznik prasowy Matki Teresy - nie wygląda na żyjącą szczególnie skromnie. Pojawiła się w filmie oczywiście po to, by potwierdzać wszystko co wydarzyło się wokół Moniki Besra. Czyniła to w raczej luksusowym domu w New Delhi. Najwyraźniej ona nie miała takich potrzeb jak Monika i nie wymagała cudownej interwencji Matki Teresy – krótka wycieczka do banku miałaby podobne efekty, a mogłaby zaoszczędzić jej sporo wysiłku w razie jakiejś nieprzyjemnej ewentualności.

Niemniej istnieją i odmienne zdania na ten temat. W 1994 roku ukazał się inny dokument, który obalił mity pielęgnowane przez Muggeridge’a. Pokazano wówczas Matkę Teresę jako osobę, która nie raczyła się nigdy zatroszczyć o złagodzenie cierpienia ciężko chorych. Abstrahując kompletnie od stanu ciała, koncentrowała swoją uwagę jedynie na zbawieniu duszy i jej kurowaniem się zajmowała. Pomimo tego, że preparaty przeciwbólowe są (i wówczas także były) powszechnie dostępne, ludzi pozostawiano samopas – pozwalając by torturował ich ciężki ból.

Pewna angielka, która udzieliła Kanałowi Czwartemu brytyjskiej telewizji wywiadu, była gorącą wielbicielką Matki Teresy, tak długo jak na własne oczy nie zobaczyła tego co ta kobieta wyczynia. „Byłam zaszokowana” mówi. „Chorych traktowano jak umartwiające się dusze, a nie cierpiące ból ciała”. Ludzi pozostawiano w takim stanie tłumacząc im, że będzie im to wynagrodzone pozagrobowo, a fizyczne cierpienie jako takie traktowane było jako sprawa zupełnie drugorzędna.

Rola religii w historii kolonializmu została już dawno zbadana. Nie jest wprawdzie namiętnie eksponowana, ale wszystko o niej zasadniczo wiadomo. Dominacja narodów kolonialnych była praktycznie zawsze i wszędzie przygotowywana na gruncie religijnym, bądź religią wspierana. Biały człowiek przybył do Afryki, Indii i Ameryki Łacińskiej z Biblią pod pachą. Odebrał autochtonom ziemię, złoto i inne bogactwa, a w zamian dał właśnie Biblię. Ktoś mógłby powiedzieć, że to kiepska transakcja.

Chrystianizacja kolonizowanych społeczeństw nie była bezcelowa. Chodziło bowiem o uczynienie z tych ludzi przedmiotów swobodnej manipulacji, którzy będą akceptowali swój ciężki byt. Dziś proceder ten jest naturalnie kontynuowany w ramach imperialnego ucisku wielu społeczności. Przedłużeniem tego właśnie mechanizmu jest działanie Matki Teresy i jej sióstr, które wpajają te patologiczne treści biednym mieszkańcom Indii.

Sukcesorka Matki Teresy – siostra Nirmala – ujęła to w następujący sposób. „Bieda będzie istniała zawsze. Chcemy, by ludzie nauczyli się ją przyjmować w odpowiedni sposób. Zaakceptować ją i wierzyć, że Bóg zapewni im wszystko co dla nich niezbędne”. Cóż, gdyby taka filozofia została przyjęta przez społeczeństwa tego świata, nie byłoby dzisiaj z pewnością żadnych związków zawodowych albo partii pracowniczych. Pozorując pomoc, Ci, którzy szerzą taką ideologię czynią z ludzi nieświadomych więźniów systemu.

Doskonale ilustruje to historia, która wydarzyła się w 1983 roku. Doszło wówczas do tragicznego wypadku w zakładach amerykańskiego giganta Union Carbidge w Indiach. W wyniku oszczędności, poczynionych na BHP doszło do olbrzymiej eksplozji, która zabiła i raniła setki ludzi. Komentarz Matki Teresy był następujący: „to mógł być przecież taki sam wypadek jak pożar w lesie. Dlatego właśnie tak ważne jest by umieć przebaczać. Przebaczenie to czystość serca, potrzebna by ludzie stali się lepsi”. Tak więc zamiast zorganizowanej walki z szefostwem Union Carbidge ofiarom i ich rodzinom proponuje się akceptację ich nędznego położenia. Trudno mieć wątpliwości, że taka postawa sprzyja zarządowi przedsiębiorstwa i zwalnia je w oczach ludzi z moralnej odpowiedzialności za tę tragedię. Może medalionik od Matki Teresy uszczęśliwi ofiary wybuchu?

Oczywiście każdy człowiek powinien mieć pełne prawo do wyznawania dowolnie wybranej religii, lub do nie wyznawania żadnej. Sprzeciw budzić powinno nie propagowanie idei tego czy innego wierzenia, lecz świadome wprowadzanie w błąd rzesz ubogich, ciężko dotkniętych przez rynkową rzeczywistość, niewykształconych ludzi. Wpaja im się brednie o tym, że mogą zostać uleczeni za pomocą cudów, modlitw i medalioników z czarną nitką. Jeszcze bardziej podłym – i niebezpiecznym, szczególnie w państwach takich jak Indie – jest propagowanie poglądu o rzekomej grzeszności antykoncepcji w warunkach gdy miliony żyją poniżej wszelkich standardów biologicznego funkcjonowania – w nędzy i głodzie. Filozofia ta nie zawiera nawet miligrama postępu – jest całościowo wsteczna i wymierzona przeciwko ludziom najbardziej bezbronnym. A streścić ją można w następujący sposób: zaakceptujcie zastaną rzeczywistość, nie walczcie, lecz przebaczajcie i spoglądajcie radośnie w przyszłość, trwając w niedoczekaniu na szczęście w życiu pozagrobowym.

Postawa Matki Teresy szybko zaskarbiła sobie – jak zresztą można się było spodziewać – przychylność włodarzy tego świata, z największymi zbrodniarzami na czele. MT doświadczała przyjaźni z tak wybitnymi postaciami światowej sceny politycznej jak Ronald Reagan, Robert Maxwell i „Papa Doc” Duvalier – krwawy (by ująć to najoględniej) dyktator Haiti.

Podobnie mają się sprawy z jej kolegą – Karolem Wojtyłą. Przez całe lata walczył ów o wprowadzenie w życie różnych najbardziej zacofanych koncepcji i zdobywał sympatię ludzi władzy. Pan ten prowadzi szeroko zakrojoną kampanię marketingową – masową promocję cudów i świętych. Oczywiście nie robi tego bez powodu.

Przesądy i zabobony obecne były w ludzkiej świadomości zawsze – od czasów epoki kamienia łupanego, aż do dziś. Przechowywane są w jej najciemniejszych zakamarkach i żadne – jak dotąd - odkrycie naukowe nie pozwoliło na ich eliminację, zarówno w slumsach Kalkuty jak i w luksusowych mieszkaniach np. Miami czy Londynu. Religijności i wszelkiego mistycyzmu nie zdołano wyrugować do końca nawet z uniwersyteckich sal.

Przyznać trzeba, że zorganizowane religie i kościoły przeżywają ostatnio ciężkie czasy. Szczególnie w krajach wysokorozwiniętych. Coraz mniej ludzi chadza do kościołów w Europie. W katolickiej Hiszpanii kościół ma poważny problem, by znaleźć kandydatów chętnych do zdobywania wykształcenia i zawodu księży. W równie katolickiej Francji liczba astrologów znacznie przekracza liczbę wszystkich kościelnych funkcjonariuszy razem wziętych. W USA katolicki establishment został ciężko porażony serią skandali seksualnych z udziałem dzieci. Nie tylko katoliccy hierarchowie mają kłopoty. Kryzys przeżywają także struktury anglikańskie – wystarczy przypomnieć sprawę biskupa-geja z USA, który przyznał się do swoich skłonności i tym sposobem zadał cios całej instytucji.

Obeznanym bliżej z faktami historycznymi nasuwa się natychmiast skojarzenie z późnym Cesarstwem Rzymskim. W jego schyłkowym okresie mało kto wierzył w starych bogów, co kontrastowało z raptownym wzrostem i rozwojem przybywających ze wschodu sekt. Ten mechanizm uzewnętrznia totalny brak jakiejkolwiek dynamiki, która spowodowała oto najzwyklejsze zmęczenie materiału i odpływ zainteresowania. Podobnie sprawy się mają z dzisiejszym zachodnim chrześcijaństwem. Powtarzane do znudzenia mistyczne założenia tej wiary odstają od potrzeb społeczeństwa, które zaczyna czuć się niewygodnie w realiach codziennej harówy, kulturalnej pustki i ogólnego bezsensu.

Alienacja i zajadły egotyzm przeobraziły egzystencję „cywilizowanych” zachodnich społeczeństw w koszmarny spektakl przemocy i zbrodni, w którym ludzie coraz częściej zadają sobie pytanie o wartość życia jako takiego. Niemniej jednak nie zwracają się oni ku tradycyjnym wierzeniom. Zbawienia i ratunku poszukują gdzie indziej.

Karol Wojtyła to nie tylko wybitny „modernizator” kościoła katolickiego, lecz również gorliwy bojownik. I jako taki nie ma on zamiaru poddać się bez walki. Niestety, nie dysponuje on w tej chwili takim arsenałem środków perswazji jak jego poprzednicy z czasów Świętej Inkwizycji. To właśnie wydaje się być genezą tej gwałtownej determinacji jeśli idzie o taśmową produkcję świętych.

Nie pozwólmy jednak nikomu sądzić, że wszystko rozbija się o ilość! Papież Jan Paweł II jest niezwykle przejęty również kwestią jakości. Nie każdy trup jest dziś akceptowany jako właściwy na świętego materiał. Papież konstruuje swoją listę z dużą starannością, odrzucając wszystkich, którym brakuje odpowiednich kwalifikacji. Kandydatów musi cechować nienaganny prawicowy światopogląd. Na przykład arcybiskup Oskar Remero z San Salwador – postępowiec, zamordowany brutalnie przez prawicowe szwadrony śmierci, którego postać jest prawdziwym symbolem w Ameryce Łacińskiej i który był przez tamtejsze społeczności wielokrotnie zgłaszany jako potencjalny święty – został bezpardonowo odrzucony. Nowocześni święci muszą być prawicowi. Ci z lewa niech lepiej w ogóle nie tracą czasu!

Z drugiej jednak strony papież Pius XII – dobry kolega A. Hitlera i B. Mussoliniego – który przymknął łaskawie oko na Holocaust i pomagał po wojnie nazistowskim zbrodniarzom znaleźć schronienie w Ameryce Południowej, okazuje się być wyśmienitą kandydaturą! Podobnie zresztą jak Escrivia, założyciel największej katolickiej mafii - Opus Dei i przyjaciel faszystowskiego dyktatora Hiszpanii – Franco. Sprawa jest prosta – szanowny Wojtyła życzy sobie dowartościować i wzmocnić prawicę wszędzie gdzie tylko to możliwe i temu właśnie służy przedstawianie wszystkich tych łajdaków jako fantastyczne osobowości zasługujące na aureolkę. Nie ma też żadnych wątpliwości, że w uznaniu za jego zasługi także i on sam liczy na to, że zostanie kiedyś wyniesiony na ołtarze.

To jednak nie wszystko. Entuzjazm i gorliwość Wojtyły w materii produkcji świętych ma więcej wątków. Otóż kryzys instytucjonalnej religii na Zachodzie jest analogiczny do zjawiska nadprodukcji na światowych rynkach. Zapchanie rynku w jednym miejscu powoduje konieczność ekspansji na innych terytoriach. I tak oto powstaje wyzwanie: znaleźć trzeba grunt podatny na religijne ględzenie. Grunt taki istnieje. Przede wszystkim w Afryce, Azji i Ameryce Południowej. Są to regiony szalejącej nędzy, która popycha tamtejsze społeczności do aktów skrajnej desperacji. Kościelny komunikat - obiecujący fantastyczne życie po śmierci jako nagrodę za wszelkie wyrzeczenia ponoszone w trakcie trwania doczesności - odgrywa zaś rolę mentalnego narkotyku. Jest tym bardziej atrakcyjny, że kosztuje mniej niż jakikolwiek inny dostępny na ulicach tamtejszych miast narkotyk. A poza tym… jest legalny.

Dla wielu ludzi z tzw. krajów rozwijających się chrześcijaństwo jest swego rodzaju egzotycznym zjawiskiem, które w Europie i Ameryce budzić mogłyby kulty i wierzenia związane z kulturą Wschodu. I tu również uruchamia się mechanizm rodem z dziedziny globalnego handlu. Oto dochodzi bowiem do wymiany dóbr pomiędzy światem „trzecim” a „pierwszym”. Wymiana ta rodzi zazwyczaj niekorzystne skutki dla tego pierwszego. Import jakichś zwariowanych zabobonów na Zachód powoduje jedynie bliżej nie zdefiniowane emocjonalne wahania w obrębie drobnej stosunkowo grupy ekscentryków, ale import chrześcijaństwa do Azji, Afryki czy Ameryki Południowej oznacza ruinę dla całych społeczeństw, które ograbione zostały nie tylko ze swych materialnych bogactw, ale i odarte z ich kultury i tradycji.

Papież – jako biznesmen-cwaniaczek – bacznie obserwuje wschodzące rynki. Dąży do tego by kościół rzymski zachował swoją konkurencyjną pozycję w boju z takimi rywalami jak islam czy protestantyzm. Produkcja świętych z krajów mało obiecujących została zatem wstrzymana. Mechanizm wydaje się być następujący.

Papież podejmuje pielgrzymkę do jakiegoś kraju X (oczywiście chodzi o jakiś kraj Afrykański/Azjatycki/Południowoamerykański). Przed odlotem watykańscy biurokraci informują Wojtyłę podczas odprawy, że taka i taka osoba Y spełnia obecne wymogi (prawicowy reakcjonista sprzeciwiający się kontroli urodzin) w zakresie mianowania na świętego. Po przybyciu na miejsce zacny watykańczyk oznajmia podnieconemu tłumowi, że Y będzie beatyfikowany.

Tym sposobem, Wojtyła walczy o serca i zaufanie milionów, które mogłyby przystąpić do jego organizacji. Jednocześnie beatyfikując zbrodniarzy i prawicowych oszołomów próbuje papież wzmocnić wszelką instytucjonalną (i nie tylko) reakcję. Manipulacja ta jest wyjątkowo obrzydliwa, a do tego bardzo widoczna. Wielu uczciwych katolików ją zresztą dostrzega. Jak bowiem tłumaczyć fakt, że przez ostatnie kilka dziesięcioleci kanonizowano więcej osób niż w przeciągu ostatnich dwóch tysiącleci? Jakoś nie wygląda na to by Matka Ziemia stała się miejscem bardziej przyjaznym do życia od kiedy na papieskim tronie zasiadł Karol Wojtyła. Stało się raczej dokładnie odwrotnie. Standardy życiowe uległy dramatycznemu obniżeniu, nędza i głód stają się coraz bardziej powszechne, wybucha wojna za wojną.

Założyciel chrześcijańskiej religii żył, tworzył i pracował wśród ubogich. Ci, którzy decydowali się iść w jego ślady musieli zrezygnować ze swych dostatków. Dziś wielu katolików – zwłaszcza w Ameryce Środkowej i Południowej, ale także i w takich miejscach jak Filipiny – aktywnie walczy przeciwko niesprawiedliwości i uciskowi. Chronią w ten sposób biednych i bezbronnych. Jesteśmy z nimi! Niemniej kościelna arystokracja (nie tylko katolicka – każda) dawno już porzuciła pryncypia wczesnego chrześcijaństwa. Dżentelmeni Ci dołączyli do kordonu możnych włodarzy. Kościół został praktycznie przekazany w ręce cinkciarzy, którym sam J. Chrystus przegonił był przecież ze świątyni.

strona głowna