Polemika Jorga z Ziemkiewiczem o Inkwizycji


Na wstępie muszę przyznać, że do napisania tego tekstu skłoniły mnie, pojawiające się co jakiś czas głosy, usiłujące za wszelką cenę wybielić zbrodnie Kościoła katolickiego, które co rusz pojawiają się w różnych publikacjach książkowych...

Jedną z nich jest książeczka, wydana niedawno przez wydawnictwo "Znak" pt
"Inkwizycja" w serii "Krótko i węzłowato", której autorem jest Grzegorz Ryś.Ów autor ma odwagę nazywać świadczące o Inkwizycji fakty historyczne "mitem" lub "czarnym mitem." Jego opinia streszcza się w dwóch tezach.
Po pierwsze uważa, że Inkwizycji właściwie nie było, były tylko rozdrobnione sądy papieskie i biskupie.
Po drugie to nie Kościół stworzył owe sądy, tylko państwo rzymskie, Kościół zaś jedynie pozwolił się wciągnąć w realizację owych rzymskich pokus totalitarnych. W ten sposób Ryś sprytnie przesuwa sedno sprawy z pytania o to, kto ponosi winę za wprowadzenie niemoralnej doktryny prześladowań religijnych i kto jest odpowiedzialny za jej egzekwowanie, na płaszczyznę, jak technicznie przeprowadzono to prześladowanie.
To tak jakby mówić, że za zbrodnie nazizmu odpowiedzialny jest żołnierz niemiecki, który był ich technicznym wykonawcą.

Do autorów próbujących odkręcać historię i podawać ją w wersji soft katolickim baranom, należy również V. Messori, naczelny przydupas i hagiograf obecnie panującego nam rzymskiego pontiffa, JPII, który w swoim "dziele" dotyczącym konkwisty, podał takie - dotyczące uznawanego powszechnie za obrońcę Indian, Las Casasa - szczegóły, które choć przełknięte bez oporów przez katolicką część ludzkości, muszą wprawić w osłupienie tych, dla których życiorys Las Casasa nie jest tajemnicą.

Do grona takich właśnie "odkręcaczy" dołączył w 1995 roku, znany w Polsce prawicowy publicysta, p. Rafał Ziemkiewicz, autor przewodniej myśli

"[...] Inkwizycja była najbardziej obiektywnym i humanitarnym sądem swoich czasów. Kto zaś chce, może sięgnąć do opracowań historycznych i zobaczyć, jakie w owych czasach panowały w całej Europie obyczaje w świeckich sądach i dojść do oczywistego wniosku, że inkwizycja była ogromnym krokiem w kierunku humanitaryzmu wymiaru sprawiedliwości i systemu penitencjarnego".

Takie i inne przemyślenia pan Ziemkiewicz zawarł w artykule "Stosy kłamstw o Inkwizycji", opublikowane w "Najwyższy Czas!", 5 sierpnia 1995 z przedrukiem w Gazecie Polskiej z 26 września 1996 r. Nic dziwnego, że pan Ziemkiewicz dochodzi do takich wniosków, bo jakież inne mogłyby mu się nasunąć, po przeczytaniu 1 (słownie: jednej!) książki pt: "Inkwizycja" autorstwa francuskich braci Jean i Gui Testas, których dzieło również nosi wszelkie znamiona "odbrązawiania" historii?
Wnikliwy czytelnik tego rodzaju twórczości w wykonaniu p. Ziemkiewicza, zauważy bez trudu, że prezentowane przez niego wnioski, przeplatane z gdzieniegdzie w większości wątpliwymi danymi liczbowymi, nie znajdują absolutnie żadnego poparcia u uznanych historyków z zakresu literatury tematu, a tym samym nie noszą żadnych oznak poważnej pracy... Całość pracy Ziemkiewicza nie nadaje się nawet, ze względu na objętość, do publikacji w pismach kobiecych. Krótko mówiąc: słów wiele - zero treści. Lub treść wyjątkowo naginana do potrzeb i zmanipulowana w sposób prosty, by nie rzec: prostacki podana wraz z garścią co prawda prawdziwych (gdzieniegdzie) informacji, niestety - nieistotnych z punktu widzenia bronionej przez niego tezy.
Tworzy to swoistego rodzaju "smakowitą ciekawostkę dla osób zainteresowanych sztuką manipulacji i propagandy".

Najważniejsze fragmenty z tego art. prezentuję poniżej, wraz z moim do nich komentarzem. Nadmieniam, że komentarz nie wyczerpuje istoty rzeczy z racji podjętej wielowątkowości art. Ziemkiewicza... Zainteresowanych odsyłam do publikacji autorów nie wywodzących się ze śmiesznych kraików, w których "autorzy" tego tematu, najczęściej uwikłani są w rozmaite powiązania ze śmiesznym państewkiem Watykan i którym widmo zwichniętej kariery zawodowej (politycznej, publicystycznej) odbiera resztki godności w prezentacji krwawej historii Kościoła katolickiego.

Jednym z głównych elementów czarnej legendy jest podkreślanie rzekomego okrucieństwa Inkwizycji. Sugeruje się, jakoby Inkwizycja znała tylko jeden wyrok - śmierć na stosie, i jakoby szafowała nim bez umiaru. Sugeruje się, że całe postępowanie sądowe Inkwizycji oparte było na wyrafinowanych torturach.

Ależ skąd, panie Ziemkiewicz! Jakie tam, wyrafinowane...
W Hiszpanii szczególnie często uciekano się do trzech rodzajów męczarni.
Jedną z nich była "toca", czyli tortura wodna, podczas której siłą wlewano wodę w gardło ofiary.
Druga, "potro", polegała na przywiązaniu do koła mocnymi sznurami, które oprawca coraz mocniej zaciskał.
Trzecia, "garrucha", stanowiła hiszpańska wersję włoskiego "strappado". Ofiarę wieszano wtedy za ręce związane na plecach, i podciągano do góry za nadgarstki, z ciężarami przymocowanymi do stóp. Czyniono to powoli, co potęgowało ból, a potem gwałtownie opuszczano ciało, wyłamując w ten sposób kości ze stawów.
Tortury dzielono na wstępne i końcowe. Tortury wstępne stosowano, aby zmusić badanego, w większości wypadków badaną, do przyznania się do winy. W tym celu stosowano następujące metody: obnażenie, groźba, związanie, biczowanie, ściskanie i miażdżenie palców, rozciąganie na drabinie. W raportach sądowych tortury wstępne często były pomijane i mówiło się, że oskarżony przyznał się dobrowolnie. Tortury końcowe stosowano w przypadkach, gdy osoba oskarżona nie chciała się przyznać do winy, gdy milczała oraz po to, by zmusić ofiarę do wydania wspólników.
Tortury można było stosować do trzech razy . Do tortur zwykłych zaliczano strapaddo, czyli podwieszanie i rozciąganie. Jako tortury nadzwyczajne stosowano ściskanie. Do metod podstawowych można było dodawać różne urozmaicenia, takie jak chłosta, podpalanie lub przypalanie, miażdżenie palców i tym podobne.
Następną kategorię stanowiły tortury dodatkowe dla przestępstw specjalnych. Stosowano je w celu wzmocnienia agonii w ramach kary. W takich sytuacjach stosowano obcinanie rąk lub nóg, oślepianie lub rozszarpywanie rozpalonymi do czerwoności obcęgami.

Dobrą ilustracją typowego dnia w sali tortur daje raport sądowy pierwszego dnia tortur kobiety oskarżonej o czary w Prossneck w Niemczech w 1629 roku:
1. Kat związał jej ręce, ściął włosy i umieścił na drabinie. Oblał jej głowę alkoholem i podpalił, co wypaliło jej włosy do korzeni.
2. Umieścił siarkę pod jej ramionami i na plecach po czym ją podpalił.
3. Związał jej ręce za plecami i podciągnął ją za nie do góry pod sufit.
4. Zostawił ją zawieszoną za ręce na trzy do czterech godzin, podczas gdy torturujący udali się na śniadanie.
5. Po powrocie oblał alkoholem jej plecy i podpalił..
6. Przyczepił do niej duże ciężary i ponownie zawiesił ją pod sufitem. Następnie umieścił ją ponownie na drabinie, przyłożył do jej ciała chropowatą deskę pełną ostrych nacięć i ponownie podwiesił ją pod sufitem.
7. Następnie zmiażdżył jej kciuki i duże palce u stóp, przywiązał jej ramiona do kija i w tej pozycji trzymał ją zawieszoną przez kwadrans aż kilkakrotnie zemdlała.
8. Następnie ścisnął jej łydki i nogi między deskami poluzowując w trakcie zadawania pytań.
9. Następnie wychłostał ją biczem do krwi
10. Jeszcze raz umieścił jej kciuki i wielkie palce u stóp między deskami i pozostawił ją na stole tortur między 10 rano a 1 po południu, gdy kat i inni funkcjonariusze sądowi udali się na posiłek.

Po południu przybył urzędnik, który sprzeciwił się temu bezlitosnemu postępowaniu. Kobietę ponownie biczowano w okrutny sposób, co zamknęło pierwszy dzień tortur. Następnego dnia rozpoczęto tortury od nowa, lecz ich natężenie nieco zelżało.

Chętnym, do sprawdzenia, jak bardzo wyrafinowane były tortury Inkwizycji, mogę wysłać na priv cennik Arcybiskupstwa Dano w Bonn, podpisany 15 stycznia 1757. Pouczająca lektura!

Od połowy wieku XIII inkwizytorom wolno było posyłać skazańca na tortury

(1252) Oficjalnie - zapomina dodać Ziemkiewicz. Torturowano już bowiem i we wcześniejszym czasie... Ziemkiewicz ma na myśli jednak bulle Innocentego IV, do której jeszcze wrócę...
Od roku 1518 (dopiero) La Suprema (główna rada Inkwizycji), orzekła, że tortur nie powinno się stosować automatycznie, ani rutynowo.
Przynajmniej w teorii o ich zastosowaniu miało od tej pory rozstrzygać głosowanie lokalnego trybunału. W praktyce niewiele to zmieniało, gdyż orzeczenie o poddaniu torturom zapadało w każdym badanym przypadku. Potem oskarżanego wyprowadzano do sali przesłuchań, gdzie oczekiwali już na niego inkwizytorzy i przedstawiciele miejscowego duchowieństwa. Oznajmiano mu wynik głosowania i dawano jeszcze jedną sposobność do wyznań. Jeśli nadal ich odmawiał, odczytywano formalne orzeczenie:
"Osądzono, iż wobec upartego zaprzeczania przez oskarżonego skazuje się go na męki tak długie, jakie będzie mógł znieść, celem wyznania przezeń prawdy (...) zastrzegając, iż jeśli podczas nich zemrze, dozna upływu krwi albo uszczerbku na zdrowiu, nie nastąpi to z winy sędziów, lecz z jego własnej zatwardziałości" (Henningsen, The Inquisition in Early Modern Europe, 1986)

instrukcje jednak wyraźnie zabraniały uzwględniania wydobytego na torturach zeznania jako materiału dowodowego, stąd w praktyce nie korzystano z tej możliwości zbyt często.

Jasne. Torturowano tylko i wyłącznie dla przyjemności i dla zabicia czasu przed popołudniową siestą.

[...] Twierdzi się wreszcie, że Inkwizytorami byli ludzie o sadystycznych skłonnościach, fanatyczni mordercy i psychopaci, ogarnięci manią zabijania. [...]

Kłamstwo.
Żadna poważna publikacja tego nie twierdzi. Wręcz przeciwnie. Najczęstszą opinią dotyczącą Inkwizycji jest ta, że "[...] mówić o fanatyzmie byłoby błędem. Z kronik epoki i akt Inkwizycji wyłania się organizacja przesiąknięta >racjonalnym< duchem, planująca na zimo wszelkie akcje. Również te, mające na celu budzenie nienawiści do skazanych na prześladowanie" [Torquemada, J. Cieplik, s.376].
Również na temat legendarnego przywódcy Inkwizycji, Torquemady, najczęstszą opinią jest ta, że "Jego sylwetkę duchową i prawdziwe myśli można poznać wyłącznie badając jego prace, zamiary i straszliwe osiągnięcia. Na tle owych osiągnięć i planów nie można przyjąć, że fray Tomasz był >tylko fanatykiem<" [Opowieść o wielkim Inkwizytorze Hiszpanii, Małopolska Oficyna Wydawnicza - Kraków].
Ziemkiewicz łatwo szafuje oskarżeniami, "zapominając" przy każdej okazji wskazać autorów owych "twierdzeń".

[...] Równie nie przystają do otaczającej autora legendy zachowane zapiski znienawidzonego Tomasza Torquemady. redagowane przez niego Instrukcje pełne są napomnień, aby sędziowie nie ulegali gniewowi ani łatwym uproszczeniom, aby pamiętali o miłosierdziu i o tym, że ich celem jest zwalczanie grzechu, nie grzeszników.

"Musimy pamiętać, że głównym celem procesu i egzekucji nie jest zbawienie duszy oskarżonego, lecz dobro publiczne i zastraszenie innych" [za Kamen, "The Spain Inquisition", s.69] - można przeczytać w jednym z podręczników inkwizytorskich, o którym piszę dalej... Rażąca sprzeczność, prawda, panie Ziemkiewicz?

Na takich wskazówkach raczej nie wychowywali się fanatyczni zbrodniarze. Niechętni religii historycy zazwyczaj wszystkie te wskazania odsuwają na bok, z lekceważącą kwalifikacją "hipokryzja". Po cóż jednak miałby Torquemada udawać w swoich prywatnych, w ogóle nie przeznaczonych dla niczyich oczu zapiskach, które pełne są podobnych myśli? Przed kim odgrywałby komedię, żyjąc w ascezie i przeznaczając cały majątek na wsparcie dla ubogich - w tym często dla rodzin osób skazanych przez jego trybunały? [...]

Często przeznaczał swój majątek dla rodzin osób skazanych przez jego trybunały!!?
Jezus, Maria! Panie Ziemkiewicz!
Jak mógł pan tak napisać w tekście, w którym znalazły się jednocześnie (dalej) przytaczane przez pana dane (co prawda zaniżone) dotyczące skazanych ogółem przez jego trybunały (100.000 osób - same więzienia, przyp. Jorg)?
Ale idźmy dalej tropem pańskiej chorej wyobraźni i przyjmijmy, że tylko co dziesiątej rodzinie pomagał (10.000 rodzin max, 2.000 rodzin min, w zależności od przyjętych założeń, m.in. takich, ilu było skazanych w obrębie tej samej rodziny, przyjmując, że średnio rodzina miała 10 osób, a Torquemada nie skazał więcej niż 5 osób w obrębie tej samej rodziny)... Zdaje pan sobie sprawę z bredni, którą pan palnął?
Nawet, gdyby Torguemada, wzorem dzisiejszych katolickich księży chodzących po kolędzie, chciał obskoczyć te wszystkie rodziny (z co dziesiątej), to brakłoby mu życia, a swoich pomagierów (ministrantów) musiałby zatrudniać na kopy, a ci, miast grzać się w cieple podpalonych przez siebie stosów, musieliby biegać z chrześcijańską pomocą od domu do domu... Co prawda licznik do taksówki wynaleziono grubo wcześniej w starożytnym Rzymie, ale w ówczesnej, zacofanej Hiszpanii (względem Europy) nie znano jeszcze taksówek, przez co właściciele ówczesnych aptek mogliby zacierać ręce mogąc sprzedawać w ilościach hurtowych maść "Rekord łuszczy" na odciski dla biednego Torquemady i jego ministrantów.
Bądźmy poważni!

Przez grzeczność również nie wspomnę, że pańskie powyższe stwierdzenie - "żyjący w ascezie" uniemożliwiał oddanie jakichkolwiek dóbr materialnych. Życie w ascezie nie polegało tylko na życiu wg surowej, klasztornej dyscypliny, ale również na ubóstwie. Z czego miał fray Tomasz pomagać rodzinom ofiar swoich gwałtów!? Zapomniał pan, że fray Tomasz był Dominikaninem?
Poza tym, jak wyobraża pan sobie, panie Ziemkiewicz, tą pomoc w czasie, kiedy NORMĄ było inne zachowanie - skazywano właśnie w celu przejęcia majątku skazanego, co znalazło odzwierciedlenie m.in. w bulli papieskiej Sykstusa IV, będącej z kolei odpowiedzią na skargi oburzonych biskupów hiszpańskich chcących ukrócić ten proceder? Można tam było przeczytać: "Dużo prawowiernych chrześcijan, skutkiem doniesień ich nieprzyjaciół, rywali czy niewolników (...) bez żadnego słusznego dowodu wtrącono do więzień, wzięto na męki i skazano, odzierając ich z własności, po czym wydano sprawiedliwości świeckiej i stracono, co wielu oburzyło..." [pełny tekst: Lea, A History of the Inquisition of Spain, t.1, s. 587-590]

[...] oskarżonemu i jego obrońcy sąd miał obowiązek udostępnić wszystkie zebrane dowody winy, wraz z podaniem nazwisk zeznających przeciwko oskarżonemu świadków. Mówiąc nawiasem, tym ostatnim groziły bardzo surowe - do śmierci włącznie - kary w wypadku udowodnienia fałszywych oskarżeń. [...]

"W samej tylko Kastylii (lata 80-te XVw) na stosach spłonęło 1.500 osób wskutek fałszywych donosów, często z niewiadomego źródła. Inkwizycja nie ujawniała donosicieli, a relacje notowano bez żadnych danych mogących zdradzić tożsamość ich autorów." [Procedury Inkwizycji, M. Baigent, R. Leight, s.52]
W teorii każdy przypadek miało rozpatrywać kolegium teologów - wizytujący miejscowość inkwizytor i przynajmniej jeden miejscowy duchowny. Oskarżonego można zaś było aresztować jedynie w przypadku zebrania jaskrawych dowodów jego winy. W praktyce wiele osób zatrzymywano jeszcze przed rozpatrzeniem ich spraw. Więzienia Inkwizycji były pełne ludzi, przeciw którym czasem nawet nie wniesiono wcale aktu oskarżenia. Przetrzymywano ich natomiast całymi latami, nie informując wcale o powodach. Tymczasem zaś i oni, i ich bliscy mogli stracić całe mienie, bo aresztowaniu nieodłącznie towarzyszyła konfiskata własności uwięzionego, od domu, po naczynia kuchenne. Kiedy zaś wegetowali w celi, nadal bez aktu oskarżenia, ich majątki sprzedawano, żeby opłacić koszty utrzymania więźnia. Dopiero w 1561 roku złagodzono nieco te prawa i osobom pozostającym na utrzymaniu uwięzionych zezwolono na częściowe korzystanie ze środków uzyskanych ze sprzedaży skonfiskowanych dóbr.

Do jakiego stopnia jest to sprzeczne z prawdą, najlepiej świadczą zaczerpnięte z opracowań historycznych liczby. Bernard Gui, jeden z ulubionych szwarccharakterów antyinkwizycyjnej literatury, jako Inkwizytor Tuluzy w latach 1307 - 1323 wydawał średnio jeden wyrok śmierci na sto rozpatrywanych spraw

Jeśli chodzi o ścisłość, to rejestr wyroków, o którym pisze Ziemkiewicz, pochodził z lat 1308-1322 (nie wiem, po co dodał te dwa lata). Wynika z niego, iż "skazano i spalono 40 osób, 300 uwięziono, a 36 zdołało uciec" ["Inquisition" M. Baigent, R. Leight, s.34). Aż chce się dodać doprawdy - łagodność zdumiewająca!
100% spraw zakończonych wyrokiem!
Nie ma to jak manipulować liczbami, by zwieść nieświadomego czytelnika... Najlepsze jednak przed nami... :o)
Ziemkiewicz chętnie przytacza dane dotyczące działalności Gui'a w Tuluzie, nie informując przy tym czytelnika, iż ten sam Bernard Guidonis (Gui), wsławił się akcjami pacyfikacyjnymi w Lombardii oraz skazał ogółem na spalenie... 637 osób!
Prawda, że w konfrontacji "1 wyrok śmierci na sto rozpatrywanych spraw" brzmi całkiem inaczej? Gui jest również autorem następujących słów zawartych w swoim "Podręczniku Inkwizytora":
"Zadaniem inkwizycji jest wykorzenianie kacerstwa; cel ten można osiągnąć przez tępienie kacerzy, co powinno iść w parze z tępieniem ich protektorów i obrońców. Kacerzy można usuwać w dwojaki sposób: bądź skłaniając ich do powrotu na łono Kościoła katolickiego, bądź też paląc ich na stosie". Zaiste - wybiórcza jest wiedza Ziemkiewicza...

(ściślej biorąc, była to decyzja o przekazaniu oskarżonego sądowi świeckiemu, albowiem Inkwizycja sama wyroków śmierci ferować wówczas nie miała prawa).

Bo czasem już nie było to potrzebne... Z delikwentem załatwiano się jeszcze w fazie tortur... Papież Aleksander VI (1254-1261) upoważnił inkwizytorów do udzielania sobie wzajemnych rozgrzeszeń z powodu "wypadków przy pracy", jak na przykład przedwczesna śmierć ofiary. Ale zgadzam się - ładniej brzmi oficjalne - "Inkwizycja sama wyroków śmierci ferować wówczas nie miała prawa". Umknął również uwadze Ziemkiewicza fakt wydania przez Innocentego IV bulli "Ad Extripanda", która nakładała na władze świeckie _obowiązek_ ścigania wszelkich kacerzy i wykonywania na nich wyroku śmierci w ciągu 5 dni. Być może bezpośrednio nie obciąża to tej krwawej instytucji, lecz ktoś, kto chciałby oddzielić papiestwo od niej - ma duży z ową bullą problem. Nie od rzeczy będzie również wspomnieć późniejsze dekret z 1557 r. Pawła IV, który udzielił generalnej dyspensy funkcjonariuszom Inkwizycji na wszelkie zbrodnie, jakie popełnić zdołali.
Ponadto informuję zainteresowanych w imieniu pana Ziemkiewicza (jemu nie stało już odwagi), że a i owszem, Inkwizycja nie mogła ferować wyrokami śmierci w owym czasie, bowiem ostentacyjna, klerykalna hipokryzja do tego nie dopuszczała, a polegała na tym, iż skazańców wydawano władzy świeckiej zgodnie z rytuałem, na mocy którego padało zdanie:
"Wydajemy cię teraz sprawiedliwości świeckiej, błagamy jednak, by zechciała ona złagodzić swój wyrok i oszczędzić rozlewu krwi oraz niebezpieczeństwa śmierci".
Szkopuł w tym, że oznaczało to ni mniej ni więcej, tylko stos! Kościół zmuszając władzę świecką do "współpracy", mordował jej rękoma winnych zbrodni herezji i nieposłuszeństwa. Odmawiając wykonania wyroku śmierci, władza świecka sama narażała się na niebezpieczeństwo zarzutu o sprzyjanie heretykom, co niechybnie sprowadzało na nią ponury koniec.

Działo się to w samym sercu nieformalnego "państwa" Albigensów, jeszcze wówczas aktywnych. Ten fakt dość słabo przystaje do owego fanatyka, ogarniętego manią tropienia i palenia na stosie sług szatana, jakiego znamy z kart "Imienia Róży" Umberto Eco.

No aż się serducho kraje, że Ziemkiewicz nie wziął na tapetę również "Braci Karamazow" Dostojewskiego... :o)
Kto przeczytał tą pozycję, ten wie, o co chodzi...

Równie zaskakująco w porównaniu z czarną legendą wyglądają zapisane w dokumentach efekty działalności okrzyczanej szczególnie okrutną i bezwzględną Inkwizycji Hiszpańskiej. Ustalenie dokładnych danych dla całej Hiszpanii jest rzeczą sporną, istnieją bowiem źródła dawne, choć o kilkaset lat późniejsze od Torquemady, szacujące liczbę spalonych na stosie przez Inkwizycję - w ciągu całej jej kilkusetletniej działalności - nawet na trzydzieści tysięcy. Jest to największa z kiedykolwiek rzuconych liczb; wymienia ją Juan Antonio Llorente, historyk zdecydowanie niechętny Kościołowi, nie wskazując jednak żadnych konkretnych źródeł tych danych.

No i po tym zdaniu widać, jaki "znawca tematu" wylazł z Ziemkiewicza... Skoro nie zna najczęściej podawanej liczby 35.000 ofiar osadzonych w okresie od XV w., a podawanych przez takie źródła, jak H. Kamen "Spanish Inquisition", "Inquisition and Society in Spain in the sixteenth ant seventeenth centuries", Lea, H. Ch. "A History of the Inquisition of Spain" i wiele innych, w tym polskich tłumaczeń innych zagranicznych (uznanych nawet przez katolicką stronę) publikacji.
Żenada.

Nawet jeśli przyjąć tę liczbę bezkrytycznie, jak uczyniła to część dawniejszych historyków, wydaje się ona stosunkowo skromna w porównaniu z osiągnięciami choćby republikańskich władz tejże Hiszpanii, które w czteroleciu 1936-39 zdążyły zgładzić ponad sześćdziesiąt tysięcy obywateli za takie zbrodnie, jak arystokratyczne urodzenie, zbyt duży majątek, zbyt wysokie wykształcenie bądź śluby zakonne.

Że też Ziemkiewiczowi spodobała się akurat republikańska władza Hiszpanii...
:o) No a jaki inny przykład ma podać autor artykułu w Najwyższym Czasie! Sponsorowanego chyba przez klechów Kościoła rzymsko-katolickiego? Dlatego Ziemkiewicz MUSI znaleść odniesienie w zbrodniach niekatolickich! To jednak nie sprawia, że zbrodnie Inkwizycji są mniejsze. 60.000 ofiar w cztery lata?? Jeżeli Ziemkiewicz chciał się posłużyć przykładem intensywnej zbrodni, to kryteria takie znacznie bardziej spełniała rzeź hugonotów dokonana przez arcypobożną i arcykatolicką Katarzynę Medici, matkę zwyrodniałego Karola IX, króla Francji (1560-1574).
Z jej podpuszczenia urządzono w Paryżu krwawą rzeź w nocy z 23-24 sierpnia 1572r. Masakra ta przeszła do historii jako "noc św. Batłomieja"... Papieski nuncjusz, Salviatti, doskonale zorientowany w zamiarach dworu królewskiego, sam inspirował przygotowania do zbrodni. Po krwawej nocy, kardynał Karol de Guise, zarządził nabożeństwo dziękczynne w kościele św. Ludwika, przy udziale papieża Grzegorza XIII (1572-1585). Ów "najwyższy autorytet moralny" na wieść o zbrodni, nakazał bić w dzwony w kościołach Rzymu i wyprowadził na miasto uroczystą procesję. Aby uczcić mord dokonany na hugonotach, ustanowił dziękczynny jubileusz. Chcąc po wsze czasy upamiętnić tę masakrę, papież nakazał wybić pamiątkowy medal "Uguntorum strages". W watykańskiej sali "Regia", uczeń Michała Anioła, Giorgio Vasari (1511-1574) na polecenie Grzegorza XIII wykonał freski, gloryfikujące tę "świętą i radosną noc" rzymskiego katolicyzmu.
No, ale to przecież rzeź w wykonaniu katolików, zatem trzeba ją przemilczeć umiejętnie odwracając uwagę czytelnika w inną (dzięki szczodremu sponsoringowi, jak mniemam) stronę...

Zupełnie inny jednak obraz wyłania się, kiedy sięgniemy do fragmentarycznie zachowanych źródeł z epoki. W uważanym za szczególnie "gorący" hiszpańskim okręgu Bajadoz w ciągu 1O6 lat (1493-1599) skazano na stos... 20 osób. Podobne liczby zawierają dokumenty z innych archiwów. Według dzisiejszych szacunków, sporządzanych na podstawie źródeł z epoki, na ok. 50 tys. procesów, jakie odbyły się przed trybunałami inkwizycyjnymi w całym kraju w latach 1560-1700 wydano mniej niż 500 wyroków śmierci - około jeden na sto.

Kolejna manipulacja imć Ziemkiewicza, która polega na wskazaniu okręgu Bajadoz za okręg "gorący", podczas gdy to właśnie Sewilla (między innymi) była takim miejscem, jak również przemilczeniu wydarzeń bezpośrednio poprzedzających wskazany przez siebie okres. Czy przed 1560 r. nie było w Hiszpanii ohydnych morderstw popełnianych przez Inkwizycję!? Oczywiście, że były! Dlaczego Ziemkiewicz unika jak ognia okresu przypadającego na lata 1236 (moment powstania ŚO - Aragonia) - 1492 (moment wytępienia Maurów, tych "prawdziwych odpadów wśród narodów świata")??? Dlaczegóż Ziemkiewicz przemilcza dane, które uznawane są przecież przez ogół historyków i prezentowane w prawie każdej literaturze tematu!? Nie zna ich?? Nie dlatego, że wynika z nich, że: "W samej tylko Sewilli na początku listopada 1481 r. poniosło śmierć w ogniu 288 osób, a 69 skazano na dożywotnie więzienie"
Zwracam uwagę akurat na ten rok, bowiem w tym właśnie czasie odbyły się te pierwsze sewilskie auto da fe, a w ciągu trzech następnych lat ustanowiono trybunały inkwizycyjne w kolejnych czterech miejscowościach. Poniekąd znam źródło "niewiedzy" Ziemkiewicza; w jednej przeczytanej przez siebie książeczce, do której się przyznaje w swoim tekście - doprawdy trudno o fakty.

[...] W Strasburgu w samym tylko październiku 1582 skazano na stos 134 czarownice - dokładnie dwa razy więcej, niż wynosi zsumowana liczba ofiar pięciu największych "auto da fé" w dziejach Inkwizycji Hiszpańskiej [...]

Proszę przypatrzyć się, na już jawną manipulację; Ziemkiewicz każe porównywać _okres_ (październik 1582) w jakim "świeckie" sądy dokonały mordów z _pojedynczymi_ wydarzeniami (auto da fe) spaleń na stosie przez hiszpańską Inkwizycję... Mogłoby się wydawać, że rzeczywiście ma rację, przecież w pojedynczych auto da fe ginęło odpowiednio:
Sewilla - 6 osób, Ciudad Real - 30 osób, Barcelona - 3 osoby, wreszcie Valladolid - 32 osoby... Tylko dlaczego mordu "świeckiego" sądu w Strasburgu nie liczy w dniach, tak jak każe to robić z mordami popełnionymi w Hiszpanii??
To proste... Przypomnę: "W samej tylko Sewilli na początku listopada 1481 r. poniosło śmierć w ogniu 288 osób"... Jak by nie było, to więcej niż 134 osoby!! I to zamordowane katolicką ręką w ciągu "niespełna miesiąca" jak podają źródła... Tego źródła Ziemkiewicz nie może zanegować (oa musi go znać), w związku z czym pozostaje mu tylko manipulacja.
Nie wstyd panu, panie Ziemkiewicz?

[...] Okres wcześniejszy, od roku 1484 do 1560, budzi więcej rozbieżności. Najbardziej niekorzystne dla Torquemady szacunki historyków mówią o stu tysiącach procesów i około dwóch tysiącach wydanych wyroków śmierci [...]

No i znowu Ziemkiewicz liczy na to, że żadna owca tego nie sprawdzi.
A przy sprawdzaniu znowu wychodzą na jaw kłamstwa, bowiem wszystkie(!) źródła, oparte na dokumentach nie zniszczonych przez Supremę (nie wiedział pan o tym panie Ziemkiewicz, prawda?) mówią konkretnie o: 16.220 osób spalonych żywcem, 6.840 in effigie i 96.000 uwięzionych bądź skazanych na galery. Ogółem różnymi karami objęto około 200.000 osób nie licząc exodusu.
Wg obliczeń (przybliżonych) za czasów Torquemady, od roku 1481, do ostatniego auto da fe w roku 1808, za czasów Karola IV, spalono żywcem 35.000 osób, około 19.000 in effigie, a do więzień wtrącono 300.000 osób.
Trzeba również dodać liczbę 1.000.000 marranos (Żydów) wypędzonych z Hiszpanii i przygotowany plan wypędzenia około 1.000.000 morysków (Maurów), zrealizowany przez jego następców - Deza i Cisnerosa. Całkowicie nieznana jest tylko liczba samobójstw czy morderstw popełnionych w więzieniach Inkwizycji, bowiem spisy takie zostały zniszczone przez trybunały. Podobnie jak nie znamy liczby zmarłych podczas tortur.

(ich wykonywanie, o czym za chwilę, nie jest jednak wcale pewną sprawą). Nawet jeśli uznamy te dane za prawdziwe, trzeba pamiętać, iż - znowu - inkwizycja działała tutaj w warunkach podwójnej wojny, bowiem działaniom zbrojnym na granicach towarzyszyły bardzo silne, mające właściwie znamiona wojny domowej, napięcia etniczne.

Ziemkiewicz znowu zapomina dodać, że "napięcia etniczne", jak eufemistycznie określa działania przeciw Żydom i Maurom, podsycał oraz był sprawcą głównym nie kto inny, ale Kościół katolicki.

Przed trybunałami zreorganizowanej przez Torquemadę Inkwizycji stawiani byli złodzieje kościołów, koniokradzi, sodomici czy mordercy, których, co trzeba uwzględnić, spora liczba znajduje się zapewne wśród skazańców.

Oczywiście. Nie od dzisiaj wiadomo, że ówczesna Hiszpania, to kraj morderców, sodomitów i koniokradów, których ilości szły w dziesiątki i setki tysięcy. Zaiste, jest pan wielki, panie Ziemkiewicz.

Bardzo dokładne dane zachowały się natomiast co do hiszpańskiej części "Nowego Świata", gdzie, wedle legendy, inkwizytorzy mieli towarzyszyć okrutnym zdobywcom i z krzyżem w ręku dokonywać na Indianach krwawych masakr oraz palić ich na stosach. W istocie np. w Meksyku pomiędzy rokiem 1574 a 1715 odbyło się... 39 egzekucji.

He he he... Ignorancja Ziemkiewicza w tym temacie jest porażająca!
Cwaniak najpierw buduje tezy, z którymi następnie walczy... KTO POWAŻNY MÓWI O INKWIZYCJI PODCZAS KONKWISTY!!?
Ziemkiewiczowi ani przez myśl nie przeszło, że nie sposób było Indian oskarżać o herezję, gdyż ci nie znali wiary od której mogliby odstepować...
:o))
W rezultacie Inkwizycja nic nie mogła zrobić, chyba, że po przyjęciu chrześcijaństwa powróciliby do dawnych wierzeń i praktyk. Szybko się jednak okazało, że karanie ich całkowicie zniechęcało pozostałych do nawracania się. Groziło to konfliktem Inkwizycji z misjonarzami, dla których zbawienie pogańskich dusz było celem nadrzędnym. Inkwizycja musiała więc ustapić, mniej lub bardziej dobrowolnie, bo prześladowanie Indian nie opłacało się zbytnio - czy to pod względem konfiskaty mienia, czy denuncjacji. Dlatego też ogół Indian znalazł się poza zasięgiem jej sądów. Te 39 ofiar, o których wspomina Ziemkiewicz, to głównie protestanccy Anglicy, członkowie statku Johna Hawkinsa, uwięzieni w 1568 r. a spaleni sześć lat później (właśnie w 1574 roku o którym wspomina Ziemkiewicz) i neochrześcijanie, hiszpańsko-amerykańscy konwertyci, spaleni w 1649 r., którzy zdominowali handel między Hiszpanią i jej koloniami. Dowody przeciw nim były dosyć wątłe, jednak Inkwizycja pragnęła ich pieniędzy i mienia, a Nowy Świat dawał znacznie większe możliwości rzucania na nich sfabrykowanych oskarżeń, niż Hiszpania.

Do dziś zachowały się zapiski niektórych Inkwizytorów, których antykatolicka propaganda wykreowała na potwory w ludzkich skórach. Z owych zapisków wyzierają jednak sylwetki nie zbrodniarzy, ale sędziów, pragnących przede wszystkim ustalić prawdę.

... w temacie domniemanych ataków na katolickie bajki o dobrym Bogu, wężu i ciężarnej dziewicy...

Tak, tak... Ziemkiewiczowi chodzi pewnie o te zapiski, pochodzące z 1578 roku, gdzie jeden z inkwizytorów (Gui) zwrócił się do swoich kolegów szkolonych w inkwizytorskim fachu: "musimy pamiętać, że głównym celem procesu i egzekucji nie jest zbawienie duszy oskarżonego, lecz dobro publiczne i zastraszenie innych" [Kamen, "The Spain Inquisition", s.69]
Ziemkiewicz również nie zna przypadku opata de Chayle'a, inspektora misji inkwizytorskiej, ciągle doskonalącego się "w rzemiośle" katowania ofiar. Na lekcjach poglądowych uczył księży i towarzyszących urzędników, jak zrywać paznokcie lub wbijać pod nie ostre drzazgi. Instruował oprawców, jak przywiązywać karmiącą matkę do drzewa w pewnym oddaleniu od niemowlęcia, któremu nie mogła pomóc, kiedy płakało.

W swoim podręczniku dla inkwizytorów wspomniany już Bernard Gui uczy, że Inkwizytor powinien "zawsze zachować spokój, nie dać się ponieść złości ani oburzeniu... powinien nie zatwardzać swego serca i nie odmawiać zmniejszenia albo złagodzenia kary zależnie od towarzyszących okoliczności... W przypadkach wątpliwych powinien być ostrożny, powinien wysłuchiwać, dyskutować i badać, aby dojść cierpliwie do światła prawdy".

Wziął się Ziemkiewicz za podręczniki inkwizytorskie i tutaj też spotka go niefart, hehehe...

Ziemkiewicz pomija już milczeniem, że ten sam podręcznik Gui'a pisze: "musimy pamiętać, że głównym celem procesu i egzekucji nie jest zbawienie duszy oskarżonego, lecz dobro publiczne i zastraszenie innych.". Ale to chyba przez zapomnienie. Nie wierzę, by tak uczciwy i prawdomówny publicysta, nie wiedział o tym fragmencie.

Wg. kolejnego katolickiego zboczeńca, Eymerica i jego podręcznika - "Wykluczona niech będzie litość dla dzieci, obecnych przy torturach ojca. Albowiem dzieci prawem boskiem i ludzkiem odpowiadają za grzechy rodziców."; "Żadnych doniesień chociażby i bezpodstawnych nie wolno inkwizytorowi wykreślać z księgi... Prawda może wyjść na jaw znacznie później"; "Przy odczytaniu protokołu w obecności oskarżonego wolno i godzi się opuścić nazwisko szpiega i indykatora... Oskarżony niech błądzi w domysłach".

Znakomity teolog Franciszek Pegna, wydawca ww przeze mnie podręcznika dla inkwizytorów, napisanego przez Eymerica ("Directorium inquisitorum") pisze:
"Z powodu nieludzkości przestępstwa, jakim jest odejście od wiary katolickiej, nie ustaje kara nawet ze śmiercią kacerza. W dwojaki sposób może inkwizytor wystąpić przeciwko zmarłemu kacerzowi: po pierwsze - konfiskując jego dobra na rzecz inkwizycji, po drugie - odkopując i paląc jego kości".

W roku 1693 ukazał się w Rzymie podręcznik inkwizytora z zakonu Dominikanów, Tomasza Menghiniego, pod tytułem "Sacro arsenale, pratica dell'officio delia s. inquisitione", dedykowany papieżowi Innocentemu XII i aprobowany przez Ferrariego. Najciekawszym rozdziałem tego podręcznika jest rozdział 6 o torturowaniu odstępców od wiary katolickiej. Tortury zdaniem Menghiniego, należy stosować względem oskarżonego w celu wydobycia od niego zeznań o jego czynach, poglądach, a przede wszystkim w celu wydobycia nazwisk współwinnych. Menghini poleca szczególnie cztery rodzaje tortur:
przypiekanie, śrubowanie, wyłamywanie stawów i bicie.
Miały one być stosowane również wobec nieletnich dzieci.

Uniknąć kary można było zresztą także na wiele innych sposobów; instrukcje Inkwizycji przewidywały różnorakie formy łagodzenia wyroków i amnestii. Jeszcze w ostatniej chwili przed egzekucją skazany mógł publicznie ukorzyć się i uniknąć stosu.

Mógł uniknąć śmierci w płomieniach, ale nie stosu.
Jeśli przyznał się do wyimaginowanych przez inkwizytorów win, stosowany był względem niego specjalny akt łaski, który polegał na tym, iż przed spaleniem - duszono delikwenta czymś w rodzaju garoty (żelaznej obręczy zaciskanej śrubami).

Jednak na sam koniec zostawiłem sobie najbardziej smakowity kąsek autorstwa Ziemkiewicza:

"Kto zaś chce, może sięgnąć do opracowań historycznych i zobaczyć, jakie w owych czasach panowały w całej Europie obyczaje w świeckich sądach [...]

W sądach. Panie Ziemkiewicz, obowiązywała tzw. zasada wolnej oceny dowodów, w sądzie inkwizycyjnym najwyższą rangę dowodową miało przyznanie się oskarżonego (confessio est regina probationum - przyznanie się jest królową dowodów). Do różnic między procesem cywilizowanym a inkwizycyjnym, oprócz wspomnianego postępowania dowodowego, zaliczamy zasadę domniemania niewinności oskarżonego, która w procesie inkwizycyjnym nie występowała (oskarżony przez trybunał inkwizycyjny był z góry winnym, należało tylko odpowiednimi środkami procesowymi pomóc oskarżonemu w opowiedzeniu całej perfidii o własnej bezbożności.

[...] i dojść do oczywistego wniosku, że inkwizycja była ogromnym krokiem w kierunku humanitaryzmu wymiaru sprawiedliwości i systemu penitencjarnego" [...] oskarżony przed trybunałem inkwizycyjnym nie tylko mógł, ale na stanowcze polecenie Grzegorza IX musiał korzystać z usług obrońcy - zawodowego prawnika"

Ubawił mnie ten kawałek najbardziej :o)
Ziemkiewicz niestety - przyznaję to po raz kolejny - nie wie, o czym pisze. A jeszcze, gdzieś tam wcześniej w tekście, stawia tezę, że Inkwizycja zapoczątkowała postępowanie z urzędu...

Najlepiej podsumował to Agnos z Racjonalisty:
"Bo zapoczątkowała [Inkwizycja - przyp. Jorg] postępowanie z urzędu? Ale do jakich spraw! Bo można było się odwoływać? Bzdura, do samego Pana Boga co najwyżej! Można było się teoretycznie odwołać do papieża, jednak zgodę na to wydawał sąd, który skazał, a który generalnie w razie prośby o posłuch u papieża uznawał roszczenia ofiary za zbyt błahe, aby niepokoić Jego Świątobliwość.
Bo przydzielano adwokata z urzędu? Kolejna bzdurna opinia! Adwokat był jedynie po to, aby namawiać oskarżonego do przyznania się do winy, toteż nie każdy życzył sobie takiego >obrońcę<".

Ten stan rzeczy będzie się utrzymywał tak długo, jak długo pozwolimy naszym współczesnym trwać w historycznej ignorancji na ten temat. Przekazanie im prawdy o Inkwizycji i położenie kresu czarnej legendzie pozostaje wielkim zadaniem dla historyków i publicystów.

Wzruszające. Z utęsknieniem czekam, kiedy w końcu, dzięki takim publicystom jak Ziemkiewicz, Kościół katolicki wyświęci kolejnego zbrodniarza, tym razem może Torquemadę, bo w stosunku do innego krwawego mordercy-inkwizytora już to zrobił. Mowa o niejakim Pedro Arbuezie, uznanym w 1661 r. za męczennika za wiarę, niezrównanym jej obrońcą i przeciwnikiem herezji (Acta Sanctorum), a świętym od roku 1867. Już nie wspomnę o zapędach obecnego papieża do podobnych działań względem królewskiej, katolickiej pary hiszpańskiej, Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego. Właśnie dzięki tej parze, Inkwizycja w Hiszpanii była tym, czym była.

Wstyd mi, że jestem Polakiem, patrząc na działania "wielkiego rodaka" na papieskim tronie, który jest tak mocno oderwany od rzeczywistości. A po Torquemadzie będzie już łatwo... Hitler i inni wzorowi katolicy - czekają.

Jorg
"Kto choć pobieżnie zapoznał się z jakimkolwiek procesem inkwizycyjnym, kto jak ja rozmyślał o hańbie tortur zadawanych przez inkwizytorów, nie może nie użyć słowa ". (Gustaw Herling-Grudziński, "Dziennik pisany nocą").

strona głowna