PRZEOR KORDECKI - BOHATER CZY ZDRAJCA?



Tekst Cezarego Leżeńskiego, opublikowany w ANGORZE nr 19 z dnia 14.05.2000

Któż z nas nie zna obrony Jasnej Góry przed Szwedami? Jeśli nie z historii Polski, to z "Potopu" Henryka Sienkiewicza. Jeśli nie z "Trylogii", z powieści Kraszewskiego czy z widowiska R. Bośniackiej "Obrona Częstochowy", to na pewno z filmu Jerzego Hoffmana. Przeor klasztoru, znakomicie grany przez nie żyjącego już Stanisława Jasiukiewicza, zapadł nam w pamięci jako mąż szlachetny, uduchowiony, wierny królowi Janowi Kazimierzowi. Patriota, który zdecydowanie odrzucał wszelkie próby ugody ze Szwedami.

Godzina zwycięstw i cudów

W drugim tomie "Potopu" czytamy: "Tymczasem ksiądz Kordecki przygotowywał dusze ludzkie. Przystępowano do nabożeństwa, jakby w wielkie i radosne święto, i gdyby nie niepokój i bladość niektórych twarzy, można by przypuszczać, że to wesołe i solenne Alleluja! się zbliża. Sam przeor mszę celebrował, ozwały się wszystkie dzwony. Po mszy nabożeństwo nie ustawało jeszcze: wyszła bowiem wspamiała procesja na mury. (...) Biła godzina druga z południa; procesja była jeszcze na murach. A wtem na krańcach, gdzie niebo zdawało się stykać z ziemią i rozciągały się mgły sinawe, w tych mgłach właśnie zamajaczyło coś i poczęło się poruszać, wepełzły jakieś kształty, z początku mętne, które zawierając się stopniowo stawały się coraz wraźniejsze. Okrzyk nagle się uczynił na końcu procesji: - Szwedzi, Szwedzi idą. Potem zapadła cisza, jakby serca i języki zdrętwiały: dzwony tylko biły dalej. Lecz w ciszy zabrzmiał głos księdza Kordeckiego: - Bracia, radujmy się Godzina zwycięstw i cudów się zbliża".

Wspaniale nieprawdziwe

To tylko jeden z malowanych piórem Sienkiewicza cudownych obrazków z naszej przeszłości historycznej. Cóż z tego, kiedy, jak twierdzą naukowcy, wspaniała "Trylogia" rozmija się z faktami historycznymi. Przecież mimo polemicznych rozpraw i dzieł naukowych większość społeczeństwa będzie patrzeć na przeszłość przez pryzmat przygód Pana Michała, Kmicica czy Zagłoby. Jak bowiem słusznie zauważył Diderot: "Wszystkie narody mają w swej historii fakty, które byłyby cudowne, gdyby nie to, że są nieprawdziwe". Miał rację ten farncuski pisarz i filozof, chociaż żył w XVIII wieku i nie mógł znać dzieła Sienkiewicza. Obrona Jasnej Góry i niezłomność Kordeckiego były nie takie świetlane, jak czytaliśmy i oglądaliśmy.
Szwedzi podeszli pod klasztor 18 września 1655 roku, a 26 grudnia 1655 opuścili pozycje. Wbrew temu, co napisano w wielu rozprawach, a także w "Trylogii", oblężenie to nie wstrząsnęło Rzeczpospolitą. Ponadto, jak wyglądała ta obrona, skoro polscy żołnierze służący pod Szwedami bez przeszkód przychodzili na mszę do klasztoru?

Wiarygodne tylko ślady na śniegu

Zakończenie oblężenia Sienkiewicz sugestywnie opisuje w "Potopie": "Szli tedy z miasta Częstochowy i z wiosek okolicznych, i z lasów pobliskich, gwarno i ze śpiewem. Krzyżowały się coraz to nowe wieści; każdy widział odchodzących Szwedów i opowiadał, dokąd odchodzili. W kilka dni później pełno było ludzi na pochyłosciach i na dole pod góra. Bramy klasztoru otwarły się szeroko, jak zwyczajnie bywały przed wojna otwarte; jeno wszystkie dzwony biły, biły, biły... a owe głosy tryunfu leciały w dal i słyszała je cała Rzeczpospolita. snieg zasypywał ciągle ślady Szwedów". W tym opisie jedno jest tylko prawdą. Śnieg rzeczywiście pokrywał ślady odchodzących żołnierzy Karola Gustawa. Reszta rozmija się z faktami. Obronę Jasnej Góry ledwo dostrzeżono w najbliższej okolicy. Dowody na to przytacza wybitny historyk Adam Kersten. Mimo, że z wojny polsko-szwedzkiej zachowały się w archiwach i bibliotekach "dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy" dokumentów po polsku, po łacinie, niemiecku i francusku, to według jego badań prawie w żadnym z nich nie wspomina się o oblężeniu Jasnej Góry i o cudownym wpływie jej obrony na cały kraj. Ponadto w żadnym z uniwersałów czy listów królewskich nie ma wzmianki o obronie klasztoru. Także w innych dokumentach z 1655 roku, a zachowało się ich wiele, wraz z uniwersałem opolskim Jana Kazimierza, nie podjeto też tej, ponoć tak ważnej dla rzeczpospolitej, sprawy. Wręcz przeciwnie - stwierdzono, że podnietę do działań militarnych było powstanie na Podgórzu, a nie opór paulinów.

Milczenie wokól obrony klasztoru

Tenże sam Kersten stwierdza: "Ze strony dworu, dostojników Kościoła i urzędników królewskich, przez pierwszą połowę roku 1656 nie pada oficjalnie słowo o oblężeniu i obronie klasztoru. Nie pada podczas ślubów lwowskich (m.in. powierzenie Matce Boskiej korony polskiej - przyp. C. L.), odrzucić więc trzeba wywód nie poparty dowodami, że przysięga złożona przez Jana Kazimierza w lwowskiej katedrze była następstwem obrony klasztoru. Kult Maryjny w Rzeczpospolitej był bardzo rozwinięty i nie ograniczył się do jednego sanktuarium. W rozległym państwie, w którym komunikacja i obieg informacji były w ówczesnych warunkach bardzo utrudnione, lokalne ośrodki:
kościoły, obrazy, kapliczki, bez porównania bardziej wiązały się z przedmiotem kultu niż Jasna Góra, która chłopu lub nawet drobnemu szlachcicowi z Podlasia, Podola, Pomorza była równie daleka jak Rzym czy Betlejem, daleka i abstrakcyjna". Któż więc stworzył tę wersję cudowności i znaczenia obrony klasztoru? Jak wiadomo z dokumentów, do 1658 roku, to jest do czasu ukazania się "Nowej Gigantomachii", napisanej przez ojca Agustyna, czyli księdza Klemensa Kordeckiego, obrona Jasnej Góry stanowiła tylko maleńki fragment walk przeciwko Szwedom. Dopiero ta publikacja, będąca czymś w rodzaju diariusza wydarzeń związanych z oblężeniem, stałą się zaczątkiem i podstawą legendy.

Archiwa szwedzkie ujawniają fałszerstwo Kordeckiego

Książkę tę napisał ksiądz Kordecki z bezpośredniej inspiracji królowej Ludwiki Marii i dworu, przy dużym zainteresowaniu Jana Kazimierza i nuncjusza papieskiego. Publikacja ta wile faktów przeinacza bądź pomija.
Mało tego, zostaje w "Nowej Gigantomachii" zamieszczony list przeora Kordeckiego do generała Buchada Muellera, który - jak byśmy dziś powiedzieli - został sfałszowany. Naukowcy odkryli w archiwach szwedzkich inny tekst niż ten, który zamieścił Kordecki. Po ujawnieniu tego faktu delikatnie napisali, że "między obydwoma tekstami leżały istotne różnice". A były to różnice niebagatelne. Kordecki nie tylko pisze o szturmie szwedzkim, którego nie było, ale i - cytując własny list do Muellera - ukrywa taki "drobiazg", jak wiernopoddańczy hołd Karolowi Gustawowi i uznanie go za króla Polski. W oryginale zachowanym w Szwecji pismo Kordeckiego brzmi w najważniejszych fragmentach tak:
"Niechaj się dowie szanowna i szlachetna Dostojność Wasza, że nasz stan zakonny nie posiada prawa wybierania królów, lecz czci tych, których szlachta królestwa wybrała. Ponieważ Jego Królewską Mość Króla Szwecji całe królestwo (tj. Polska - przyp. C.L.) uznaje i na swego pana wybrało, przeto i my z naszym miejscem świętym (...) pokornie poddaliśmy się Jego Królewskiej Mości Szwecji; świadczy o tym list salwagwardii (tzn. gwarancji - przyp. C.L.) szanownego i szlachetnego pana Wittenberga, naczelnego wodza, danej naszemu klasztorowi dnia 28 października (...). Czcimy więc jako ulegli poddani Jego Królewską Mość Szwecji, Pana naszego najłaskawszego, nie zamierzamy też podnieść zaczepnego oręża przeciw wojsku Jego Królewskiej Mości. (...) Nasz klasztor i poświęcona Bogu i Jego Najświętszej Matce świątynia (...) zasyła do Boskiego Majestatu modlitwy za bezpieczeństwo Najjaśniejszego Króla Szwecji, Pana i protektora naszego królestwa, jak i nas samych, których bynajmniej nie jest powołaniem opierać się potędze królów (...). Cokolwiek Jego Królewska Mość rozkaże, spełnimy".
Czy tak pisze patriota polski walczący ze Szwedami, obrońca Jasnej Góry? Czy może tak jednoznacznie obrońca ojczyzny uznać Karola Gustawa za króla polskiego i obiecać spełnić wszystkie jego żądania? Ponadto już 6 sierpnia odbyła się narada w klasztorze, na której rozważano możliwość poddania się paulinów i całego kraju Szwedom. Nie bez podstaw, gdyż w niecałe półtora miesiąca później, tj. 18 września 1655, nuncjusz papieski napisał do Rzymu, że prymas Polski prowadzi tajne rozmowy ze Szwedami i ma zamiar przeprowadzić proces koronacyjny innego króla.
Tak więc nie można zaprzeczyć, że ks. Kordecki zdradził swego pana: króla Polski Jana Kazimierza. Był - jakbyśmy dziś powiedzieli - kolaborantem, mimo iż później nie wpuścił Szwedów na Jasną Górę. Ale czy w ten sposób stał się bohaterem? Tym bardziej, że już raz wystąpił przeciwko swemu królowi - w kwietniu 1655 roku nie otworzył ognia z dział klasztornych do rokoszan Lubomirskich i zamknął bramy Jasnej Góry przed żołnierzami Jana Kazimierza, tak jak w końcu tegoż roku przed Szwedami.

Skąd i dlaczego legenda?

Odpowiedź na to pytanie jest kluczem do zagadki stworzenia z ks. Kordeckiego herosa patriotyzmu i wierności królowi polskiemu. Nie mozna jednak zapominać, że nie tylko Kordecki złożył wiernopoddańczy hołd Karolowi Gustawowi. Znany historyk Ludwik Kubala zamknął swe rozważania o wojnie szwedzkiej rozdziałem pt.: "Cała Polska się poddaje". I była to prawda. Jan Sobieski, późniejszy bohater spod Wiednia, tylko dlatego nie oblegał Jasnej Góry wspólnie z Muellerem, że z Karolem Gustawem i wojskami szwedzkimi odszedł do Prus. Stefan Czarnecki zachowywał neutralność, ale deklarował - za przykładem większości szlachty, magantów i wojska - przejście na stronę Karola Gustawa. Mało tego - jak podaje A. Kersten - wojska kwarciane przeszły na służbę Karola Gustawa, hetmani zaś i inni dowódcy złożyli mu przysięgę. Nagrodą miała być zapłata wojsku, z którą skarb koronny zalegał, a także nadania i inne awanse dla wodzów. Źródłem tych działań była niechęć szlachty do Jana Kazimierza za gwałcenie ich praw. Społaczeństwo wierzyło, że akt poddańczy wobec Karola Gustawa był jedynym ratunkiem dla ojczyzny przywiedzionej do ostatecznej zguby przez Jana Kazimierza. Wystąpienia zbrojne przeciw Szwedom nie były równoznaczne z obroną ojczyzny, lecz z obroną Jana Kazimierza. W XVII-wiecznej Polsce bowiem król i państwo nie byli tożsami ani prawnie, ani w świadomości społecznej. Mimo to po powstaniu na Podgórzu i walce szlachty oraz wojsk koronnych przeciw Szwedom poprzedni akt poddańczy wobec Karola Gustawa stawał się rzeczą wstydliwą, którą każdy chciał ukryć. Trzeba więc było znaleźć bohatrów wspaniałych. Wybór padł na Jasną Górę i Kordeckiego. Stworzono z nich symbol powszechnego oporu. Nieważne, że nieprawdziwy, ale za to bardzo użyteczny.

Winni Lutry, Żydzi i Niemcy

Za pomocą legendy zamierzano odwrócić uwagę od powszechnej zdrady. Klasycznie odwieczną metodą było i jest szukanie wroga oraz winnych. Oczywiście pierwszymi byli Szwedzi, ale na drugim miejscu plasowała się szlachta i wojsko polskie, które poparło Karola Gustawa. Zamiast nich znaleziono winnych wśród szlachty protestanckiej. Oskarżono więc "Lutrów i Żydów", no i oczywiście Niemców. Wywołało to pogrom, grabieże, samosądy.
Chłopi i żołnierze mordowali i łupili wszystkich, których oskarżono z racji religii bądź pochodzenia. Kłopot w tym, że to mordercy byli autorami wiernopoddańczych pism i oświadczeń. Ale tym nikt się nie przejmował. Powszechny stał się pogląd, że skoro Polska jest wolna, trzeba zająć się heretykami gorszymi od Szwedów.
Jeden z kronikarzy zanotował: "Byłem po świętej Łucji w Bobowej, powiedziano mi, że na jarmarku wołano, by Lutry i Żydzi jako zdrajców Rzeczypospolitej, gdzie się pojawią - znosić". Z ambon zaś nawoływano do łupienia majątków arian.

Do takich nastrojów pasowało stworzenie z Jasnej Góry jedynego ośrodka oporu przeciw Szwedom i kreowanie na hohatera przeora Kordeckiego. Ułatwiało to pobudzenie do jedności działania wszystkich Polaków-katolików, wskazanie, że to oni obronili Rzeczpospolitą przed Szwedami i zdrajcami-innowiercami.

Tak więc nadano wojnie charakter religijny, inny niż w rzeczywistości. Należy sądzić, iż miało to ułatwić nasilenie kontrreformnacji i przygotowanie do tego, co nastapiło w roku wydania książki Kordeckiego, to jest do skazania w 1658 roku orzez Sejm na wygnanie braci polskich=arian.
Wkrótce potem, bo w 1668 roku, zabroniono pod karą śmierci odstępstwa od katolicyzmu. Postać księdza Kordeckiego podniesiono do rangi symbolu.

A to, w jakim stopniu był patriotą, w jakim zaś zdradził króla polskiego - pozostawiam ocenie Czytelników.

---------------------------
(nie potrafię powiedzieć, czy tekst niżej jest kontynuacją artykyłu Leżeńskiego czy też późniejszym dopiskiem innego autora - ab.)
---------------------------

Zdewociałej części polskiego społeczeństwa nic tak moocno nie koduje się w pamięci, jak różnego rodzaju cuda, mające rzekomo dowodzić szczególnej opieki niebios nad Polską. Jeślei nawet cud się nie wydarzył, to można go stworzyć, wykorzystując do tego fakty historyczne. Któż nie słyszał o "obrnie" Jasnej Góry przed Szwedami w roku 1655" Osobliwością tego historycznego faktu jest to, że nie było żadnej cudownej obrony jasnogórskiego "kurnika", ani nadzwyczajnego heroizmu paulinów.

Kordecki opisał przebieg oblężenia w pamiętniku "Nova Gigantomachia..." wydanym jakoby w roku oblężenia, czyli 1 1655 (sic!). Przytacza tam m.in. treść listu z 21 listopada 1655 r. do gen. Muellera, w którym niczego szczególnego nie znajdujemy. I pozostalibyśmy po wsze czasy w błogiej niewiedzy i zarazme kłamstwie historycznym stworzonym przez Kościół, gdyby nie prawdziwy cud! Oto dyrektor królewskiego archiwum Szwecji, Theodor Werstin, odnalazł oryginał tegoż listu i opublikował w roku 1904. Jego treść zaszokowała badaczy "potopowego" okresu. Okazało się, że przeor Augustyn Kordecki poddał klasztor królowi Karolowi X Gustawowi!

Oto, co naprawdę napisał (m.in.) Kordecki w liście do gen. Muellera 21 listopada 1655 r.:

"Ponieważ całe królestwo polskie jest posłuszne Najjaśniejszemu Królowi Szwecji i uznało Go za swego Pana, przeto i my wraz ze świętym miejscem, które dotąd królowie polscy mieli we czci i poszanowaniu, pokornie poddajemy się Jego Królewskiej Mości Panu Szwecji, zgodnie z listem z dnia 28 października, nadesłąnym nam przez Wielmożnego Posła Wittenberga. Nasze poddanie się ponawiamy w liście do Warszawy (do króla Karola Gustawa - przyp. B.M.), na który łaskawej czekamy odpowiedzi. Jako wierni poddani Jego Królewskiej Mości Króla Szwecji, a naszego Najmiłościwszego Pana, nie myślimy podnosić więcej oręża przeciw wosjku Waszej Dostojności (tj. Muellera - przyp. B.M.)". "Zanosimy ustawiczne modły do Boga i Najświętszej Bogarodzicy, czczonej w tym miejscu, o zdrowie i pomyślność Najjaśniejszego Pana, Króla Szwecji, Pana i Protektora naszego Królestwa..."

O polskim królu, Janie Kazimierzu, patriota Kordecki najwyraźniej już zapomniał! W "Nowej Gigantomachii..." przeor Augustyn Kordecki zakłamał treść owego listu do gen. Muellera. Próżno w nim szukać wiernopoddańczych deklaracji pod adresem szwezkiego władcy. Kordecki oddał się w opiekę Karolowi X Gustawowi, uznając go za swojego króla. Niewykluczone, że mając na uwadze poddanie się protestantom, Kordecki był przekonany, iż Mueller działał na własną rękę, przeto i bronił klasztoru, przynajmniej do czasu wyjaśnienia się sprawy. Obalony też został klerykalny mit o wierności paulinów polskiemu królowi.

Fakty przeczą, że w obliczu niebezpieczeństwa paulini stali przy Janie Kazimierzu. Kościół budował dalej "cudowną" martyrologię obrony jasnogórskiego sanktuarium, dopuszczając się bezceremonialnie rozmaitych fałszerstw i kombinacji. Pamiętnik oblężenia napisany przez Kordeckiego, ukazał się z rokiem wydania 1655 (!). Data miała za zadanie uwiarygodnić autentyczność i prawdziwość zapisów, czynionych jakoby "na bieżąco". Trzeba przyznać, iż byłoby to iście cudowne tempo wydania, mając na uwadze, że oblężenie zakończyło się na pięć dni przed końcem 1655 roku.

Z wielu egzemplarzy pierwszego wydania "Nowej Gigantomachii...", które wpadły w łapy Kościoła, usunięto z czasem kartę, na której widniała data 20 X 1657, któa była kościelnej cenzury i zgody na druk. Tym sposobem chciano zataić fakt wydania pamiętnika dopiero w roku 1657! Zawarte w nim opisy i relacje były wyolbrzymione, nieprawdziwe i przedsatwiające w korzystnym świetle Kordeckiego. Także jego postawa względem Jana Kazimierza była już "właściwa", bowiem okazało się, że jednak nadal Jan Kazimierz a nie Karol X Gustaw, był królem Polski. Chcąc podnieść włąsne notowania Kordecki zawyżył liczbę wojsk szwedzkich oblegajacych Jasną Górę. Według niego było tam 9000 jazdy, podczas gdy w rzeczywistości tylko 1100 i kilkaset piechoty. Był to oddział niewiele wart pod względem przydatności do walki. Przemarznięci, schorowani i wygłodzeni napastnicy, nocujący zimą praktycznie pod gołym niebem, nie mogli stanowić realnego zagrożenia, nawet wówczas, kiedy 10 grudnia nadciągnęły dwa ciężkie działa, spośród których jedno rzeczywiście się "rozpukło". Generał Mueller potwierdza słabość włąsnych oddziałów w liście do Króla Gustawa z 22 listopada 1655 r.: "Trzymać się będą tem uparciej, że nie widzą u mnie wielkiej masy żołnierza ani odpowiedniej artylerii". Kościelni apologeci mimo wszystko utrzymują, że Kordeckiego należy uznać za bohatera narodowego. Nie przyjmują do wiadomości aktu poddania się szwedzkiemu królowi, a fakt obrony klasztoru należy, według nich, rozpatrywać w kategorii "cudu", geniuszu i bohaterstwa Kordeckiego. Musi jednak zastanawiać fakt, dlaczego Watykan nie chciał słyszeć o beatyfikacji przeora Augustyna Kordeckiego. Czyżby kuria rzymska nie mogła mu wybaczyc, że nie tylko poddał katolicki klasztor protestanckiemu włądcy, ale na dodatek zdradził katolickiego, prawowitego króla polskiego?
Tak więc wygląda prawda o oblężeniu Jasnej Góry i jej cudownej obronie.

Okazuje się często, że historia Polski jest "tworzona" na określone zapotrzebowanie, a wówczas nie liczą się fakty, ale ideologia...

Gdyby na Westeplatte w roku 1939 był bodaj jeden ksiądz katolicki, bohaterstwo obrońców byłoby bez wątpienia przypisane jemu właśnie... no i oczywiście niebiosom. Kościół już o to by sie postarał.


strona głowna