dwie uwagi:

 

merytoryczna - książka zawiera rozdziały bardzo zróżnicowane; np. lekko napisane rozdziały o Wojtyle czy Pio, czytało mi się bardzo przyjemnie, a "prawniczy" rozdział o przekrętach w handlu nieruchomościami i machlojkach finansowych Watykanu wyjątkowo trudno.

         Dlatego, jeśli jakiś rozdział cię znudzi, nie zniechęcaj się tylko przejdź do następnego.

 

formalna - błędy skanera powinny być stosunkową rzadkością, lecz z uwagi na mnogość obcojęzycznych słów, nazwisk, nazw własnych itd. na pewno wystąpią. Szczególnie błędy typu: 7=1, 3=8, 1=I, ri=ń, ni=m, itp. Jest też trochę niepotrzebnych spacji, lub ich braku... także kilka niepotrzebnych wytłuszczeń.

Szczególnie "błędogenne" są wyrazy pisane kursywą, co widać po numeracji stron. Celowo pozostawiam je nie poprawione, by przypominały twórcom magisterskich prac lub artykułów prasowych o ostrożności przed bezmyślnym wykorzystaniem zawartych w książce informacji (nieznane wam nazwiska, daty itp. lepiej weryfikujcie)

         Z uwagi na użycie podczas OCR-owania słowników włoskiego i polskiego, mogą też wystąpić zabawne błędy spowodowane wymieszaniem języków np: kariera=carierà; mogą też pojawić się włoskie "ogonki" np. i= í.

         (ab.)


Mario Guarino

 

Bank Boga


i bankierzy papieża

afery i skandale watykańskiej kasy

 


Tytuł oryginału I MERCANTI DEL VATICANO Affari e scandali: l'impero economico delle anime

Projekt okładki Modem Art (032)3760300

 

Copyright © 1998 Kaos Edizioni Copyright © for the Polish edition by Forum Sztuk - Dom Wydawniczy Katowice 2001 ISBN 83-915443-0-3

 

 


Spis treści

 

Od Wydawcy 7

WATYKAN, FINANSE, BANKIERZY

Papieska kasa 11

Mediolańska mafia 21

Piracka trójca 35

Początek końca 49

Duszom zmarłych - chwała 63

PURPURA, KAPTURY, PUCHARY

Masoni za spiżową bramą 8!

Rycerze konnego zakonu 99

NIERUCHOMOŚCI, TRANSAKCJE, PODATKI

Podatkowy raj 119

Złoty cielec w kościelnej nawie 161

KRUCHTA, HANDEL, ZYSK

Bohaterowie katolickiego lobby 177

Sekty pieniądza 203

BIZNES BOŻEJ OPATRZNOŚCI

Holding leczenia dusz 225

"Lourdes" ojca Pio 257

ZBŁĄKANE OWCE, ZBRUKANE HABITY

Celebra nowoczesności 271

Charyzma pieniądza 299

MILLENIJNY KRAM

Przedsiębiorczy paulini - bracia nożownicy 315

Superstar mass mediów 343

DOKUMENTY

Clara Calvi zeznaje... 371

Anna Calvi wspomina... 391


Od Wydawcy

Przedstawiamy naszym Czytelnikom kolejną pozycję z serii poświęconej Kościołowi Jego historii, problematyce i ludziom. Autorem książki jest Mario Guarino - włoski dziennikarz z tygodnika ekonomicznego // Mondo - opisujący mniej lub bardziej kompromitujące Watykan sprawy - nie tylko zresztą finansowe. Bowiem, jak to się w życiu zdarza, i tu zapach pieniądza miesza się nieraz z wonią krwi.

Z uwagi na to, że opowieść autora jest bogato uzupełniana cytatami z włoskiej publicystyki oraz ilustrowana przykładami nie zawsze powszechnie znanych osobistości tamtejszego kleru i świata poli­tyki -Wydawca uznał za właściwe dokonanie pewnych

 

skrótów, zwłaszcza pominięcie tych fragmentów książki, w których obce polskiemu Czytelnikowi realia mogą utrudniać lekturę. Z tych samych względów zrezygnowano z wielu gloss i odsyłaczy, zastępując je omówieniem w tekście głównym. Pominięto wreszcie cały rozdział o przygotowaniach milenijnego jubileuszu uznając, że to już dziś i tak musztardowy deser.

Niezwykle skomplikowany i pokrętny obraz finansów kościelnych, jaki nam Autor na przykładzie swojego kraju serwuje, wzbudza w Czytelniku refleksję, jak też te problemy prezentują się w życiu publicznym - i w Kościele - takich krajów, jak USA, Niemcy, Francja, Hiszpania czy wreszcie - co nas najbardziej ciekawi -jak to wygląda w Polsce.

Do wielu tutaj poruszanych zagadnień będziemy mieli okazję wkrótce powrócić przy lekturze książki Roberta A. Haaslera "Polowanie na papieża", którą w dwudziestą rocznicę zamachu zaproponujemy naszym Czytelnikom.

Wiele obiecujemy sobie też po wydaniu pozycji Christophera Hitchensa o Matce Teresie z Kalkuty, którą to książkę będziemy chcieli przedstawić ocenie naszych Czytelników także jeszcze w tym roku.

Jak zawsze dziękujemy serdecznie za nadsyłane listy oraz uwagi i propozycje nie tylko wydawnicze.


Watykan, finanse, bankierzy

 

Papieska kasa

11 lutego 1929 Benito Mussolini i kardynał Pię­tro Gasparri podpisują w Rzymie - pomiędzy pań­stwem włoskim i Stolicą Apostolską - Traktaty Laterańskie. Historyczne porozumienie składa się z trzech części: z właściwego traktatu, z konkordatu i z umo­wy finansowej. Zgodnie z postanowieniami tej ostat­niej Włochy zwalniaj ą od podatków i ceł towary im­portowane przez nowo powstałe Państwo Watykań­skie - Citta del Vaticano. Ponadto umowa przewiduje odszkodowanie za wszelkie straty finansowe, których Stolica Apostolska doznała w wyniku zjednoczenia Włoch. W artykule l oszacowane są te straty na kwo­tę 750 milionów tirów, a dodając równowartość

pięcioprocentowych obligacji państwowych, odszko­dowanie to zamyka się łącznie - w przeliczeniu na wa­runki obecne - kwotą ponad 2000 miliardów lirów.

Jeszcze tego samego roku Traktaty Laterańskie zostały ratyfikowane i tego samego dnia, 7 czerwca, papież Pius XI powołał Administrację Specjalną dla Działań Religijnych (Amministrazione speciale delle Opere di religione) przekształconą później w Admini­strację Dóbr Stolicy Apostolskiej (Amministrazione del patrimonio della sede apostolica-APSA). Nowa instytucja wyłoniona została z dotychczas istniejących struktur Watykanu, których zadaniem było administro­wanie olbrzymim, powiększonym jeszcze przez reżim Mussoliniego, majątkiem watykańskim.

Kierownictwo nową instytucją objął laicki finan­sista, brat jednego z biskupów, Bernardino Nogara. Dysponując papieskim upoważnieniem, co praktycz­nie uwalniało go od wszelkiej kontroli, Nogara na­tychmiast rozpoczął serię operacji spekulacyjnych na rynku złota i dewiz, a także - na rynku akcji. Zlecając nabycie pakietów kontrolnych i udziałów mniejszo­ściowych w wielu włoskich spółkach najróżniejszych branż - w przemyśle tekstylnym, w telekomunikacji, w transporcie kolejowym, w produkcji cementu, w energetyce, w wodociągach - Bernardino Nogara naprawdę pojawiał się wszędzie. Kiedy w ł 935 roku

Mussolini, gotując siedo inwazji na Etiopię potrzebo­wał broni, spore jej zasoby zostały mu dostarczone przez jedną z fabryk amunicji, którą Nogara zakupił dla Watykanu.

W wyniku postanowień drugiego konkordatu, zawartego 20 lipca 1933 pomiędzy Watykanem i Niemcami, Stolica Apostolska dostaje kolejny za­strzyk finansowy; Pius Xl uzyskuje wtedy od nowego kanclerza Niemiec, Adolfa Hitlera, potwierdzenie otrzymywania Kirchensteuer, czyli pięcioprocentowe­go podatku od dochodów, który obywatele niemiec­cy obowiązani byli płacić na rzecz kościołów: katolic­kiego i zreformowanego.

Po śmierci Piusa XI, który zmarł l O lutego 1939 (Achille Ratti był papieżem od 6 lutego 1922), na tron Piętrowy wybrany został Eugenio Pacelli - jako Pius XII. Pierwsze lata jego pontyfikatu przypadają na trudny okres drugiej wojny światowej (l 939 -1945), i chociaż pożoga wojenna wykrwawiała kon­tynent europejski, kasa Stolicy Apostolskiej napełniała się dzięki "eksterytorialności i neutralności" Państwa Watykańskiego.

Wiele źródeł historycznych wykazuje, że Waty­kan uczestniczył w przetrzymywaniu majątku zrabo­wanego w czasie wojny Żydom i innym podbitym na­rodom. I tak w lipcu 1997 opublikowano dokumenty

(zebrane w roku 1946 przez agenta skarbowego USA Emersona Bigelowa), z których wynika, że w waty­kańskiej kasie znalazły się setki milionów franków szwajcarskich, które naziści i ich pobratymcy pod wodzą Ante Pavelica zagarnęli w Chorwacji w latach 1941 -1945. Wiele o tych sprawach opowiada w dziesięciotomowej Kriminalgeschichte des Christentum (Historii kryminalnej chrześcijaństwa) niemiecki historyk Karlheinz Descher, który poddał też wnikli­wej analizie życie prywatne papieża, stwierdzając mię­dzy innymi, że Pius XII umarł z majątkiem w wysoko­ści 80 milionów marek w złocie i w dewizach, a jego trzej krewniacy zgromadzili podczas dziewiętnastu lat pontyfikatu swego wuja aż 120 milionów marek.

Dnia 27 czerwca 1942 Pius XII przekształca dotychczasową Administrację Specjalną dla Działań Religijnych w Instytut Działań Religijnych (Istituto per le Opere di religione - IOR). Akt założycielski IOR wyjaśnia, że nie chodzi o nadanie nowej nazwy daw­nej strukturze administracyjnej, ale o ustanowienie naj­prawdziwszego banku watykańskiego, któremu nada­na zostaje oddzielna osobowość prawna, a którego celem nie jest już tylko samo administrowanie mająt­kiem Stolicy Apostolskiej, ale "strzeżenie i zarządza­nie środkami pieniężnymi oraz dobrami zbytymi lub powierzonymi instytutowi przez osoby prywatne

i prawne w celach prowadzenia działalności religijnej i szerzenia miłosierdzia chrześcijańskiego".

I jakkolwiek formalne kierowanie instytutem po­wierzone zostało przedstawicielowi watykańskiego kleru (od 24 stycznia 1944 był nim biskup, a potem kardynał Alberto Di Jorio), to rzeczywiste prowadze­nie spraw banku watykańskiego pozostawało nadal w kompetencji Bernardino Nogary, do którego, jesz­cze przed końcem wojny, dołączył przedstawiciel rzymsko-papieskiej arystokracji, znany adwokat i makler, książę Massimo Spada.

Tuż po wojnie zawiadowany przez Nogarę i Spade IOR nabywa znaczące pakiety akcji w takich dużych firmach, jak: Generale Immobiliare, Ceram­ene Pozzi, Pastifìcio Pantanella, Condotte d'Acqua itd. Wchodzi także - chociaż już bez większych inwesty­cji - w branżę ubezpieczeniową (Assicurazioni Gene­rali, RAS), na rynek telekomunikacji (SIP) oraz do budownictwa (Italcementi). W ten sposób w za­rządach, w których watykański bank posiadał pakiet kontrolny lub tylko pewną liczbę udziałów, znaleźli się cieszący się osobistym zaufaniem przedstawiciele papieża.

Tak się stało choćby w przypadku Carla, Mar­cantonia i Giulia Pacellich, trzech kuzynów Piusa XII. Giulio, na przykład, reprezentował interesy Watykanu

15

w takich dużych firmach, jak Banco di Roma czy So­cietà Italiana Gas, a także w zakładach farmaceutycz­nych Serono czy spółkach Esercizio Navi oraz Condil-Tubi Opere Idrauliche e Affini. Warto też dodać, że minister finansów Włoch, Giulio Andreotti, zwolnił w 1957 roku obywatela Włoch, Giulio Pacellego, od obowiązku płacenia podatków ze względu na sta­tus dyplomaty nadany mu przez Stolicę Apostolską.

Prowadzony przez duet Nogara-Spada IOR był zresztą niezmiernie aktywny w przechwytywaniu da­jących kontrolę pakietów akcji najróżniejszych ban­ków. I tak w roku 1946 bank watykański nabył więk­szościowy pakiet akcji Banca Cattolica del Veneto, a nieco później udało mu się odkupić 51 procent ak­cji Banco di Roma per la Svizzera (przy czym reszta, a więc 49 procent, pozostawała nadal własnością Ban­co di Roma, który należał wprawdzie do państwa wło­skiego, ale w którym IOR posiadał też pewne udzia­ły) . W nabytych przez Watykan instytucjach kredyto­wych były reprezentowane także interesy lokalnych kurii, które w ten sposób zapewniały sobie szczegól­nie korzystne warunki obsługi bankowej i otrzymy­wania kredytów - i to nie tylko na działania zwykłego zarządu, ale i na realizację tzw. specjalnych "zbożnych uczynków".

W roku 1958 zmarł Bernardino Nogara, który był w istocie mózgiem działania IOR. Wkrótce potem umiera też Pius Xli. Dnia 28 października papieżem zostaje wybrany Angelo Roncalli - Jan XXIII.

Nowy papież, dawny patriarcha Wenecji, bar­dzo się różnił od swojego poprzednika. Wprowadza­jąc w życie model apostolstwa opartego na miłości i ukierunkowanego na masy, Jan XXIII czynił często wyłom w tradycjach watykańskich, stąd zwano go "dobrym papieżem". Zaznaczyło się to również w dziedzinie finansów. Papież nakazał IOR zaprze­stanie działalności spekulacyjnej, a potrzeby finanso­we swojego pontyfikatu wolał zaspakajać przez upo­wszechnianie w całej światowej wspólnocie katolic­kiej systemu datków i darowizn. Tak więc podczas pięciu lat panowania papieża Roncallego IOR ograni­czał się do czynności zwyczajnego zarządzania.

Po śmierci Jana XXIII (zmarł 3 czerwca 1963), papieżem wybrany został syn przedsiębiorcy banko­wego z Brescii - Giovanni Battista Montini (Paweł VI). Podobnie jak Pacelli, również i Montini był arcybi­skupem w Mediolanie, i podobnie jak Pius XII również i Paweł VI będzie prowadził watykańskie in­teresy z dużym, wolnym od jakichkolwiek zahamo­wań rozmachem.

Zaraz po wyborze papież Montini musiał zająć się poważnym kryzysem finansowym. Kwoty dobrowolnych datków, hojnie dzięki popularności Jana XXIII przekazywane dotąd przez wiernych, po śmierci "dobrego papieża" poważnie się zmniejszyły: z poziomu 19 miliardów lirów spadły do kwoty poniżej 5 miliardów i nie były już w stanie zaspakajać potrzeb finansowych Watykanu. Co więcej, papieskie kasy poważnie odczuły skutki nowego włoskiego ustawodawstwa podatkowego - od grudnia 1962 pona przez międzynarodowe lotnisko w Ciampino: oczekiwał na lot do Nowego Jorku. Ale ksiądz Zorza do tego samolotu nie wsiadł, lecz po pro­stu -znikł. W kilka dni później, 7 kwietnia, funkcjo­nariusze policji skarbowej zlokalizowali go w małej willi w Montecalvo di Pianoro (w pobliżu Bolonii) i dokonali aresztowania. Przedstawiono mu zarzut współudziału w prowadzonym przez mafię przestęp­czym procederze handlu skradzionymi dziełami sztuki i handlu narkotykami. A ponieważ ksiądz Zorza był obywatelem amerykańskim, w ramach ekstradycji został odesłany do USA.

Domek, w którym skrył się ksiądz Zorza, był własnością Adrii Gialdini i jej męża, Vittorio Santunione. Kobieta jest znaną na całym świecie konserwatorką dzieł sztuki, a jej mąż sławnym malarzem. Obydwoje zostali oskarżeni o pomoc w ukrywaniu osoby poszukiwanej i aresztowani. Później od zarzu­tów ich uniewinniono. Adwokat kobiety - mecenas Gianfranco Bordoni z Bolonii napisze, że Adria Gial­dini "wielokrotnie zaznaczyła w trakcie przesłuchania, że poznała księdza Zorzę kilka lat wcześniej, w trak­cie kilkumiesięcznego pobytu w USA. Ksiądz Zorza,

292

293

który był wtedy członkiem delegacji watykańskiej przy ONZ, wykazał się wielką uprzejmością towarzysząc pani Adria w zwiedzaniu galerii i muzeów. Chodziło zatem o znajomość zawartą w najczystszych okolicz­nościach, a sama osoba wydawała się nadzwyczaj godna zaufania...

W trakcie procesu wyszła na jaw wieloletnia przestępcza działalność księdza. Na przykład fakt, że miał on swój udział w zniknięciu, a później w odna­lezieniu obrazu Tycjana5wf'erć Świętego Piotra Mę­czennika (arcydzieła nieocenionej wartości, które -od momentu wybuchu w 1867 roku austriackiej bom­by w kościele Świętego Piotra i Pawła w Wenecji, gdzie obraz przechowywano - uznawane było za znisz­czone). Ustalono także, że w 1982 roku sąd amery­kański uznał go winnym przemytu skradzionych we Włoszech dzieł sztuki. Wówczas to znaleziono w jego bagażu na nowojorskim lotnisku dwa obrazy olejne z XVI wieku (wartości 200 milionów tirów) niepewnego pochodzenia. Prokuratura oskarżyła go o zainkasowanie ośmiu tysięcy dolarów za prze­mycenie obu obrazów, a sąd skazał go na trzy lata więzienia (w zawieszeniu). Włoski sąd stwierdził po­nadto, że w innych okolicznościach, w Rzymie, za­bezpieczono u niego 74 tysiące dolarów w bankno­tach autentycznych, ale przerobionych (pierwotne

jednodolarowe były przerabiane na banknoty studolarowe). Takimi banknotami amerykańska Cosa no­stra pokrywała różnicę w trakcie wymiany kokainy na dostarczaną przez Włochów heroinę.

We Włoszech nazwisko księdza Zorzy pojawi­ło się już wcześniej w związku ze sprawą banku Am­brosiano i śmiercią Roberto Calviego. I rzeczywiście, 18 czerwca 1982, syn zmarłego bankiera - Carlo, opo­wiedział mediolańskim prokuratorom o dziwnych oso­bach - przyjaciołach Francesco Paziency - kręcących się wokół jego ojca.

- Pazienza - mówił Carlo Calvi - powiedział mi, że bardzo ambitny biskup Luigi Cheli był jego dobrym przyjacielem i że aspirował do stanowiska zajmowa­nego przez Marcinkusa. W tym czasie nie było go w Stanach Zjednoczonych i powiedział mi, żebym poszedł do pewnego mieszkania w Nowym Jorku, gdzie przebywał ojciec Zorza. - Przy drugim spotka­niu, to właśnie ojciec Zorza towarzyszył Carlowi, kie­dy ten udał się do biskupa.

- Cheli powiedział mito - opowiadał dalej syn bankiera - co już wcześniej telefonicznie przekazał mi Marcinkus: miałem powiedzieć mojemu ojcu w areszcie, żeby był cicho, żeby nie zdradzał żadnych tajemnic i żeby ciągle wierzył w Opatrzność... Wydaje mi się celowe zaznaczyć, że od śmierci ojca

294

295

do dzisiaj, kontaktowało się z nami oferując bliżej nie określoną pomoc i wsparcie, wielu przyjaciół Pazienzy, a wśród nich niejaki Alfonso Bove z Nowego Jor­ku, niejaki ojciec Zorza, duchowny mieszkający w Nowym Yorku, niejaki Sciubba, wykładowca z uni­wersytetu katolickiego w Waszyngtonie i niejaki Alvaro Giardili...

Również Clara Canetti (wdowa po Roberto Calvi) wymieniła nazwisko księdza Zorzy mówiąc o wysokich prałatach działających na terytorium USA.

- Na przełomie lipca i sierpnia mój syn - opo­wiada wdowa - miał telefon od biskupa Sbarbaro, prałata mieszkającego w Waszyngtonie i - o ile wiem - pełniącego funkcję kontrolną nad zachowaniem in­nych wysokich prałatów przebywających za granicą. Sbarbaro, zaprosił go do siebie, ponieważ pragnął mu osobiście złożyć kondolencje. Spotkanie to pole­gało głównie na całym ciągu mniej lub bardziej waż­nych stwierdzeń i uwag, zupełnie w stylu języka jezu­itów pełniących czołowe fùnkcj e w watykańskim świe­cie polityki. Między innymi Sbarbaro powiedział mo­jemu synowi, że Kościół daje priorytet problemom wol­ności narodów nad ich potrzebami materialnymi, jak głód na świecie. Robił też aluzje do faktu, że mój mąż zapłacił swój ą cenę i wyraził uwagę, że inni też po­dobnie zapłacą...

- W jakiś czas po śmierci mojego męża - kon­tynuuje Canetti - przyjechał do mnie wykładający na uniwersytecie w Nowym Jorku profesor Costa, który zasiada w zarządzie banku Ambrosiano, w którym pracuje mój syn. Profesor Costa przyprowadził ze sobą niejakiego ojca Zorzę, włoskiego duchowne­go, który pełnił jakąś funkcję w Organizacji Naro­dów Zjednoczonych, ale którą stracił w wyniku ja­kichś perypetii sądowych związanych z kradzieżą dzieł sztuki. Zorza został przedstawiony mojemu synowi przez Pazienze, który był także przyjacielem profeso­ra Costy. Wtedy właśnie Zorza powiedział mi, ale tak żeby nie słyszeli tego mój syn i moja córka, że Pa­zienza kazał mu przekazać mi, że on sam nie miał nic wspólnego z tą straszną sprawą...

Jak powstał układ pomiędzy rodziną Calvich i księdzem Zorzą? Już w połowie lat osiemdziesiątych wyjdzie na jaw, że sędzia Giovanni Falcone, który zaj­mował się aktywnie powiązaniami między przedstawicielami sycylijskiej mafii [Cosa nostra, otrzymał od swoich amerykańskich kolegów akta, w których to Pazienza wskazywał na związki pomiędzy sporą nie­zależnością finansową księdza Zorzy a znajomością i kontaktami Zorzy z Vicentem Restivo, zamieszanym w pranie brudnych pieniędzy należących do wpływo­wej familii Bonnano. W mieszkaniu Pazienzy

296

297

prokuratorzy znajdą nagranie rozmowy telefonicznej pomiędzy Maurizio Mazzetta (sekretarzem aferzysty) i księdzem Zorzą, w której wyraźnie była mowa o handlu skradzionymi dziełami sztuki. Ale co więcej - w aktach podano, że część pieniędzy banku Am­brosiano podlegało kontroli ze strony księdza Zorzy. Chodziło o kwoty przekazywane między bankami mającymi siedzibę w raj ach podatkowych w Panamie (gdzie trio Calvi-Sindona-Marcinkus posiadało spół­ki powiernicze i banki) oraz w Brazylii. Po krachu -dane zawarte w dokumentach Ambrosiano będą wy­znaczać ślady przelewów na ogromne kwoty, które przekazywano w okresie od 1980 do 1982 do co najmniej trzech banków z San Paolo w Brazylii: do Banco do Comercio e Industria (około 106 milio­nów dolarów), do Banco Itau (50 milionów dolarów), wreszcie do Banco Real (50 milionów dolarów). A to właśnie San Paolo jest miastem, gdzie w przy­szłości ksiądz Zorza będzie chciał osiąść na state.


Charyzma pieniądza

 

Duchownym będącym symbolem najbardziej niepohamowanego powołania do interesów jest zna­ny ksiądz Luigi Maria Verze. Ów ksiądz-manager jest autorem profetycznej książki noszącej tytuły carisma del denaro (Charyzma pieniądza), w której ksiądz Verze doszedł wręcz do konkluzji, że nie ma sprzecz­ności pomiędzy Bogiem i pieniądzem.

Biografìa bezwzględnego w interesach księdza-managera doskonale charakteryzuje jego osobowość. Już w 1964 roku ksiądz Verze otrzymał od mediolań­skiej kurii "upomnienie", w którym mu - zabroniono odprawiania mszy świętej. Powody tak poważnej sankcji nie są znane, ale zapewne nie były budujące.

298

299

Faktem jest natomiast, że po owym "upomnieniu", po­chodzący z Werony ksiądz (urodzony w Illasi w 1920 roku) zdjął habit, założył najbanalniejszy strój biznes­mena i zaczął czynić w interesach swoje "cuda", któ­rych efektem - po kilku latach - były narodziny praw­dziwego gospodarczego imperium.

Pierwszy biznesowy wyczyn księdza Verze wiązał się z połacią działek gruntu przeznaczonego na orga­nizację terenów zielonych, a położonego w okolicy lotniska Forlani i przylegającego do cytadeli "Milano 2" wznoszonej przez Silvio Berlusconiego (budowę realizowano za pośrednictwem podstawionej firmy, a finansowana była z tajemniczych źródeł pochodzą­cych ze Szwajcarii). Oto ksiądz-manager zamierzał zbudować na tym gruncie szpital San Raffaele. Ale za jakie pieniądze? Nie wiadomo.

- Nie dostaliśmy żadnych spadków, ani też nie było ukrytych źródeł finansowania. Były tylko pożyczki i darowizny, jak np. 25 tysięcy metrów kwadratowych gruntu otrzymanego nieodpłatnie od hrabiego Bonzi w 1960 roku. Reszta pochodzi z banków - stwierdzi wiele lat później ksiądz-manager w wywiadzie dla tygodnika Panorama.

Ale dziennikarz Giovanni Ruggerijest bardziej zorientowany i precyzyjny, kiedy w swojej książce podaje, że hrabia Bonzi działkę o powierzchni

46 tysięcy metrów kwadratowych sprzedał w 1966 roku tajemniczemu ośrodkowi opieki szpitalnej Mon­te Tabor, działającemu pod kierownictwem księdza Luigi Maria Verze, a rok później burmistrz z Segrate wydał pozwolenie na wzniesienie tam prywatnego ośrodka geriatrycznego "Szpital San Raffaele". Zda­niem dziennikarza, zarówno klinika jak i jej pomysło­dawca okazują się mieć związek z budową "Milano 2" i z jego przedsiębiorczym (i ukrytym) budowniczym Berlusconim. Wybucha skandal nad skandale spowo­dowany nadużyciami, nieprawidłowościami, a przede wszystkim powiązaniami politycznymi.

A zatem, odmiennie od tego, co twierdził ksiądz-manager, grunty i pozwolenie na budowę znalazły się w jego gestii dopiero 1967 roku (kamień węgielny pod budowę kompleksu szpitalnego położono 24 paździer­nika 1969), działka okazała się prawie dwukrotnie większa, no Ì wcale nie chodziło o darowiznę. Co do pożyczek, to chodziło być może o 600 milio­nów lirów (z 2,156 miliarda wnioskowanych), które ksiądz Verze otrzymał od państwa dzięki wpływowym przyjaciołom z Chrześcijańskiej Demokracji, l faktycz­nie, ich wsparcie okazało się dla księdza-managera decydujące, gdyż 15 kwietnia 1971 ówczesny - chadecki - premier Emilio Colombo uznał istnienie osobowości prawnej placówki, która rok wcześniej

300

30]

przyjęła nazwę fundacji religijnej Ośrodka San Romanello del Monte Tabor. Rządowy akt pozwolił tak­że księdzu-biznesmenowi korzystać również z dostę­pu do funduszów regionalnego programu leczenia szpi­talnego, ale postanowienie to regionalny asesor do spraw opieki zdrowotnej Vittorio Rivolta (chadek) uznał za nieprawne, gdyż klinika księdza Luigiego jako placówka prywatna nie może uczestniczyć w regio­nalnym programie podziału środków rządowych.

Pomiędzy księdzem Verze i regionalnym aseso­rem rozpoczął się długi okres upartych sporów. Ksiądz pozostający w dobrych stosunkach również i z socja­listami (burmistrzami Renato Turri z Segrate oraz Aldo Aniasi z Mediolanu, a także i samym bossem włoskiej partii socjalistycznej - mediolańczykiem Bettino Craxi) nie zaniedbał niczego, co mogłoby zjednać aseso­ra Rivolte. Najpierw były naciski administracyjne, po­tem groźby, a w końcu także i próba przekupstwa. Ksiądz Verze pisał do Rivolty we wrześniu 1971, że rozpoczęte w 1969 prace budowlane zostały wkrót­ce wstrzymane "z powodu przerwania środków finan­sowania, które państwo w swoim czasie zobowiązało się dostarczyć, a potem scedowało na władze regionalne... Jeżeli pozycja ta nie zostanie wpisana na listę lombardzkich szpitali, które winny być finan­sowane ze źródeł publicznych zgodnie z zapisami

obowiązującej ustawy, pierwsza część szpitala San Raffaele pozostanie piękną, ale nieukończoną budow­lą, zupełnie nieprzydatną dla celów szpitalnych". W listopadzie 1973 ksiądz wystosował nowe pismo do asesora. Jego ton był już odmienny: "Ponieważ wiem, bo mam tego dowody, że nasze dzieło jest dzie­łem upragnionym przez Boga i że to Bóg nie pozwala nam się poddać, radzę panu więcej nie przeszkadzać". Później nastąpiła próba przekupstwa - asesorowi obiecano łapówkę w wysokości pięciu procent dota­cji - ale rzecz skończyła się sprawą sądową, w wyni­ku której ksiądz Verze otrzymał w pierwszej instancji wyrok skazujący.

W końcu księdzu-managerowi - dzięki potęż­nemu wsparciu polityków z Rzymu - udało się poko­nać przeszkody. Dnia 25 lipca 1972 chadeccy mini­strowie Athos Valsecchi (zdrowie) i Oskar Luigi Scalfaro (oświata) stosownym postanowieniem uznali kli­nikę San Raffaele za "placówkę szpitalno-medyczną o charakterze naukowym", co umożliwiało księdzu Verze dostęp do państwowych funduszy i przywilejów, a władze regionalne pozbawiło kompetencji do zajmowania się jego ośrodkiem.

Dzięki wspólnej protekcji polityków z prawej i lewej strony ksiądz Verze razem z przyjacielem Berlusconim zdołali nawet uzyskać zmianę kierunku

302

303

mchu na pobliskim lotnisku, aby starty i lądowania nie zakłócały spokoju pacjentów szpitala oraz mieszkań­ców luksusowego okrąglaka Milano 2. Po długiej i skomplikowanej procedurze, która miała także swoje epizody sądowe, kierunki ruchu samolotów zostały zmienione, a Berlusconi mógł podnieść cenę budowa­nych przez siebie mieszkań z 130 do 280 tysięcy li-rów za metr kwadratowy.

W latach siedemdziesiątych biznesowe wyczy­ny księdza były stałą pozycją gazetowych kronik są­dowych w lokalnych brukowcach. Ale nic nie zdołało zatrzymać "upragnionej przez Boga kliniki", której funkcje jej twórca określał jako "szpital przede wszystkim dla lekarza, nawet bardziej dla lekarza niż dla chorego, aby lekarz mógł realizować się jako mistrz i profesjonalista w tej świętej sztuce... A chorego szpi­tal San Raffaele przyjmuje i traktuje jako jednostkę biologiczno-psychiczno-duchową, która, przez fakt choroby, nabyła prawo do najlepszego i indywidual­nego leczenia... Zaś przez pojęcie »jednostki biologiczno-psychologiczno-duchowej« należy rozumieć, że szpital musi widzieć w chorym pewną organiczną jedność - złożoną ze strony fizycznej, z wartości psychiczno-intelektualnych i z wiecznej ponad wszyst­ko duszy - która to całość dotknięta została nową

patologiczną sytuacją... Walka przeciw chorobie jest wręcz starciem człowieka z człowiekiem..."

Pod koniec 1990 roku, w ramach wymyślonego przez Berlusconiego projektu budowy (na Sardynii) spekulacyjnego kompleksu "Olbia 2-Costa Turchese", zaprojektowano wielką klinikę, która - usytuowana na obrzeżach osiedla - miała składać się z kilku po­kaźnych budynków. Dziennika La Nuoba Sardegna wysunął hipotezę, że teren pod klinikę mógł być szczo­drym upominkiem firmy Fininvest dia księdza Verze.

- W tę sprawę zaangażowałem się osobiście -oświadczył wtedy burmistrz Olbia Giampiero Scanu. - Wyjaśniam też, że nie chodzi o jakąś klinikę dla super-vipów, ani o rodzaj beauty farm, jak zresztą to ktoś już sugerował, ale o szpital dla wszystkich z pięciuset łóżkami, z wyposażeniem sportowym i z centrum kongresowym. I taki jest potrzebny : jeżeli komuś coś się stanie, dzisiaj trzeba go wieźć do Sassari lub do Cagliari. - Jednak projekt "Olbia 2" z przy­ległą super kliniką nie wypalił z powodu oporu sił po­litycznych i mchów ekologicznych, zaniepokojonych tym, że budowlany harmider zakłóci życie na wybrze­żach tego regionu.

Kilka lat później, 24 października 1996, ksiądz-biznesmen w wywiadzie do należącego do Berlusco­niego tygodnika Panorama zatytułowanym "Leczę

304

305

Was, jak chce tego Bóg", przypuszcza atak na pro­kuratorów (a więc tych, którzy zwalczali mafię, ko­rupcję i aferzystów): "Sądzę, że sprawiedliwość pre­zentowana przez niektórych prokuratorów już nianie jest, ale raczej staje się prawną szykaną, arogancją, prywatą..." A następnie wypowiada się na korzyść po­krzywdzonego i zmuszonego do ukrywania się Bettino Craxiego: "Niezależnie od jego problemów z są­dami, ciągle jestem jego przyjacielem. A nawet coraz większym przyjacielem..."

Obiekt, który przez wielu usłużnych dziennika­rzy został uznany jako szpital wzorcowy lub wręcz wzór do naśladowania na skalę krajową, w styczniu 1998 znowu będzie przedmiotem prokuratorskiego śledztwa. W wyniku pożaru, który tam wybuchł, stra­cił życie jeden z pracowników kliniki.

Przedmiotem działalności przedsiębiorstwa Ośrodek San Raffaele del Monte Tabor (który wpi­sano do rejestru, dla poszerzenia korzyści i przywilejów, pod hasłem Dział specjalny: przedsiębiorstwa rol­ne) jest realizacją programu, złożonego z mieszaniny górnolotnych haseł chrześcijańskiego miłosierdzia i nie­skrywanych aspiracji finansowych. Bowiem -Jak to wynika z dokumentu - "celem fundacji jest spro­wadzenie założeń i praktyki leczenia do zastosowania ducha ewangelicznego przykazania »Uzdrawiajcie

chorych« (Mateusz X,8) drogą inspiracji i podejmo­wania wszelkich inicjatyw, zarówno kościelnych jak i laickich, celem spopularyzowania nowego chrześci­jańskiego konceptu opieki zdrowotnej... zgodnie z ideą założyciela księdza profesora Luigi M. Verze". Dlate­go też - czytamy dalej - "fundacja może prowadzić, zarówno we Włoszech, jak i za granicą, wszelkie dzia­łania uznane za niezbędne, potrzebne - lub w każdym razie uznane za wskazane - do osiągnięcia celów fundacji, a także wszelką działalność gospodarczą, finan­sową, operacje majątkowe, operacje na nieruchomo­ściach i ruchomościach, w tym uczestniczenie we wszelkiego rodzaju spółkach, ich zbywanie oraz udzielanie poręczeń majątkowych na rzecz osób trze­cich..."

Dzisiaj stowarzyszenie San Raffaele del Monte Tabor, któremu prezesuje, oczywiście, ksiądz Verze, jest potężnym, obracającym miliardami biznesowym holdingiem posiadającym międzynarodowe rozgałęzie­nia. Należy do niego sieć szpitali San Raffaele w Se-grate i w dzielnicy Eur w Rzymie (ostatni z nich, który kosztował 250 miliardów lirów, przez ponad dwa lata nie pracował, a zezwolenie na działalność otrzymał od maja 1997). Fundacja nadzoruje też szpitale i przy­chodnie w Tarante, w Brazylii, na Malcie, w Polsce, w Indiach. Inne rodzaje działalności prowadzi spółka

306

307

powiernicza Finraf, skupiająca takie firmy, jak: Science Park Raf (usługi), Europa Scienze Umane (wydaw­nictwo), Dom Opieki Santa Maria (klinika). Szpital San Raffaele Resnati, Ortesa (enginneering), Torricola (obrót nieruchomościami) a także - aby uczynić zadość statutowi całej grupy, ale przewidującemu wła­śnie i ten rodzaj działalności - nieokreślone bliżej go­spodarstwo rolne produkujące wino i oliwę.

Chociaż jest placówką prywatną, to jednak szpital San Raffaele w Segrate (który zatrudnia 2255 pracowników, dysponuje 1200 łóżkami, rejestruje 60 tysięcy przyjęć rocznie) korzystał latami z ogromnych dotacji publicznego (państwowego) systemu opieki zdrowotnej. Według władz regionu Lombardii (do­stępne dane dotyczą roku 1993) koszt dziennego po­bytu szpitalnego pacjenta wyniósł ponad 809 tysięcy lirów. Nie przez przypadek zatem określany jest jako szpital możnych tego świata.

Mimo miliardów wpompowywanych w szpital każdego roku, holding księdza Verze znajduje się w poważnych kłopotach finansowych (według niektórych opinii jego pasywa osiągnęły poziom około 500 mi­liardów lirów). Aby się z nimi uporać, ksiądz-manager zatrudnił byłego polityka z prawego skrzydła chadecji i jednocześnie byłego bankiera Roberto Maz­zette, który dał się poznać jako jeden z bohaterów

śledztwa akcji "Czyste ręce". Mazzetta poszukuje wspólników zdolnych wyłożyć gotówkę i planuje wej­ście na giełdę. Fundacja pozostanie właścicielem ca­łego majątku, ale utworzona zostanie spółka akcyjna, która zajmować się będzie zarządzaniem szpitala i która otworzy się na nowych wspólników...

Dzisiaj, tak jak kiedyś, interesy księdza Verze mogą liczyć na poparcie polityków - z dawnej chadecji i partii socjalistycznej - związanych obecnie na pra­wicy u Berlusconiego.

Zgodnie z tym co twierdzi lombardzki oddział partii demokratyczno-socjalistycznej, wiosną 1997 centro-prawicowa rada regionalna Lombardii miała stworzyć warunki na to, aby szpitalowi San Raffaele podarować około pięć miliardów rocznie. Na mocy tak zwanej złotej umowy, zawartej pomiędzy władza­mi regionalnymi i kliniką księdza Verze, pracownicy urzędów regionalnych i członkowie ich rodzin mieliby możliwość dokonywania kompletnych badań okreso­wych w szpitalu San Raffaele, za kwotę 490 tysięcy lirów od osoby (podczas gdy cena dla osób nie ubezpieczonych wynosi 750 tysięcy lirów). Kwota ta mia­łaby być zwracana przez kasę regionalną, nawet gdy­by wydatkowana była na rzecz pozostających na utrzymaniu danego pracownika członków rodziny. Według oświadczenia regionalnego szefa partii

308

309

demokratyczno-socjalistycznej - Fabio Bienellego, jest to teatralny gest uprzywilejowania San Raffaele na nie­korzyść innych ośrodków leczniczych, ograniczenie prawa do swobodnego wyboru lekarza, a przede wszystkim doskonały interes dla szpitala kosztem ca­łej społeczności, gdyż zaokrąglając liczby i kwoty fak­tura wystawiona przez San Raffaele mogłaby osiągnąć właśnie wartość czterech miliardów ośmiuset milio­nów lirów rocznie.

25 czerwca 1997 ośrodek San Raffaele staje się bohaterem kolejnego skandalu. Na zarządzenie me­diolańskich prokuratorów, funkcjonariusze policji skarbowej dokonuj ą przeszukania i zajęcia wielu do­kumentów. W związku z otrzymanymi sygnałami pro­kuratorzy podejrzewają możliwość oszustwa, że lo­kalne władze sanitarne płaciły klinice księdza Verze za badania, których nigdy nie wykonano.

Zresztą cała historia kliniki San Raffaele naszpi­kowana jest epizodami spraw sądowych, zwłaszcza tych związanych z nadużyciami budowlanymi - ale i nie tylko takich - i kilkakrotnie epizody te kończyły się wyrokami. Tak się stało, na przykład, 25 listopada 1995, kiedy sąd w Mediolanie za naruszenie przepi­sów budowlanych skazał księdza Verze m.in. na pięć miesięcy pozbawienia wolności. Nowy proces w po­dobnej sprawie rozpoczął się, również w Mediolanie,

l O czerwca 1997. Innym razem na rok i cztery mie­siące więzienia został skazany ksiądz Verze w paź­dzierniku 1997, kiedy sąd pokoju uznał go winnym paserstwa dwóch szesnastowiecznych neapolitańskich płócien, skradzionych z kościołów w prowincji Ne­apol. Zgodnie z linią obrony obydwa płótna zostały nabyte za 60 milionów lirów przez kierowcę księdza Verze - Danilo Donati, który je później podarował księdzu-managerowi. Jednak według wersji proku­ratorskiej w sprawie tej uczestniczyła aktywnie rów­nież siostra księdza Luigiego Verze - Giuliana

310

311


Milenijny kram

 

Przedsiębiorczy paulini - bracia nożownicy

- Jesteśmy bardziej znani od Boga - oświadczył latem 1997 Noel Gallagher, leader grupy popowej Oasis (jakieś dwadzieścia lat wcześniej identyczne sło­wa wypowiedział Lennon, leader Beatlesów, który jednak pośpiesznie potwierdził swój "dogłębny sza­cunek dla Jezusa"). Bluźniercze zdanie Gallaghera wywołało natychmiastową reakcję Kościoła. - To na­sza wina - pisał ze skruchą katolicki dziennik Avvenire - chcieliśmy przemienić tych dwudziestolatków w opinions-leaders, a teraz musimy znosić te ich nie trzymające się ładu ni składu wygłupy.

Kiedyś Kościół Rzymskokatolicki zajmował się wyłącznie kluczowymi zagadnieniami. Jednak

315

od kilku lat najbardziej autorytatywni przedstawiciele kleru wypowiadaj ą się publicznie na temat wszystkie­go, a w szczególności na temat bzdur. Nierzadko sam Jan Paweł II w trakcie zgromadzeń na Placu Święte­go Piotra zabiera głos na tematy zupełnie marginal­nych wydarzeń: warunków meteorologicznych, swo­ich wakacji w górach... Jest to zgodne z bardzo kon­kretną strategią porozumiewania się, realizowaną przez Kościół w celu zjednania sobie dusz zgromadzonych w tłumie, który coraz bardziej jest tłumem laickim. Żaden papież przed Janem Pawłem 11 nie podróżował tyle co on i po Włoszech, i po świecie. Nigdy przed­tem Kościół nie brał udziału w takim stopniu, jak to się dzieje dzisiaj Jako aktywny uczestnik i bo­hater społeczeństwa, grając sam dla siebie wielki spektakl.

Zresztą machina propagandowa, którą dziś dys­ponuje Kościół we Włoszech Jest faktycznie impo­nująca. Oprócz rzesz duchownych wszystkich parafii, diecezji, szpitali i wszelkiego rodzaju i poziomu szkół, słowo Boże przekazywane jest za pomocą 144 tygo­dników diecezjalnych, 470 lokalnych stacji radiowych, ponad 350 księgarni oraz ponad 200 wydawnictw katolickich. Wszystko to stanowi potężny arsenał środków masowego przekazu, które są także - to też się zmieniło - dosyć dochodowym biznesem.

Wśród wszystkich stacji radiowych inspirowa­nych przez Święty Kościół Rzymskokatolicki, najbar­dziej popularne jest rzymskie Radio Maria, które od 1990 roku dzięki swoim 750 przekaźnikom, do­ciera do wszystkich zakątków kraju, a swoim poten­cjałem technicznym prawie dorównuje RAI. Dzięki hojnym datkom wiernych, które osiągaj ą łącznie dzie­siątki miliardów lirów, nosząca imię Matki Boskiej roz­głośnia nadaje już w siedemnastu krajach. Oprócz pierwszego miejsca w rankingu liczby słuchaczy, Radio Maria może się pochwalić również przodowa­niem w emitowaniu "elektrycznego smogu". Fakt ten potwierdzili 30 stycznia 1998 technicy z ośrodka kon­troli transmisji radiowych przy ministerstwie poczty: religijna stacja radiowa odpowiedzialna jest za praw­dziwe bombardowanie falami elektromagnetycznymi rzymskiej dzielnicy Monte Mario, co z pewnością nie pozostaje bez wpływu na zdrowie jej mieszkańców i całej okolicy.

Spore audytorium ma także Radio Vaticano, które z około czterdziestu rozsianych po całym świe­cie ośrodków studyjnych nadaje programy w prawie pięćdziesięciu językach. Dużym sukcesem, co do licz­by słuchaczy, może pochwalić się także Novaradio (mieszanka katolicyzmu i rozrywki), będące lokalną rozgłośnią diecezji mediolańskiej.

316

317

Wśród stacji telewizyjnych należy wymienić Te­lepace, stację założona przez Guido Todeschini, na­dającą z dwóch dużych ośrodków: z Rzymu i z Werony. A w lutym 1998 rozpoczęła działalność nowa -zdolna rywalizować nawet z RAI i z Fininvest - kato­licka stacja SAT 2000. Finansowana przez wpływo­wą CEI (konferencję biskupów włoskich), stacja ta może być odbierana przez wszystkich, którzy posiadają anteny satelitarne. Kanał satelitarny telewizji episkopatu udostępniony został przez samą RAI za skromną kwotę miliarda dwustu milionów lirów rocznej opłaty. Mimo początkowo niewielkiego krę­gu odbiorców - obok kościelnego radiowo-telewizyjnego centrum nadawczego w Rzymie, mieszczącego się w supernowoczesnym gmachu przy via Aurelia -organizuje się oddzielne biuro mające zajmować się świadczeniem usług reklamowych. Oprócz zaangażo­wania w działalność dostojników duchownych ze szczytów watykańskiej hierarchii - z kardynałem-supergwiazdą mediów Ersilio Toninim - należąca do CEI stacja nadawcza opiera się na współpracy z bardzo znanymi dziennikarzami i reżyserami.

Inauguracja telewizyjnej stacji CEI wzbudziła sceptyzm u popularnego duchownego księdza Anto­nio Mazzi.

- Telewizja biskupów wydaje mi się marnotra­wieniem pieniędzy i pomysłów. Powinniśmy raczej wy­korzystać tę energię na robienie czegoś lepszego... Wśród księży jedni mówią: otwierajmy nasze szkoły, wydawajmy nasze gazety, utrzymujmy nasze stacje te­lewizyjne. W gruncie rzeczy takie integralistyczne po­dejście spowodowałoby tylko usunięcie nas na mar­gines. Ci z biskupiej telewizji to filozofowie z katolic­kiego Aventynu - chcą, aby za wszelką cenę katolic­ka szkoła była dofinansowana, mówią, żeby robić swoje, ponieważ świat jest brudny i źle urządzony. Ja natomiast należę do innej, licznej grupy księży -tych, którzy pragną zmieniać instytucje już istniejące, nawet jeżeli to zmusza do dużych kompromisów. Wypowiedź swą ksiądz Mazzi kończy stwierdzeniem, że katolicyzm przefiltrowany przez telewizję już utra­cił sporą część swojej radykalności, bo przyjął sche­maty i propozycje społeczeństwa konsumpcyjnego.

Dzisiejszą działalność wydawniczą Kościoła należy oceniać jako wyjątkowo kwitnącą. Wśród naj­lepiej sprzedających się we Włoszech periodyków są dwie pozycje katolickie: wydawany w Padwie miesięcznik Messagero di S. Antonio (Zwiastun Święte­go Antoniego) i mediolański tygodnik Famiglia Cri­stiana (Chrześcijańska rodzina).

318

319

Ten boom potęgowany jest setkami milionów dotacji z państwowej kasy. Na przykład wspomniany Messagero (którego sukces wydawniczy jest w dużej części rezultatem prenumeraty pozyskiwanej z okazji pielgrzymek do Padwy i w gruncie rzeczy nie potrze­buje żadnych dotacji), otrzymuje corocznie od pań­stwa około 80 milionów lirów. Dziesiątki i setki milio­nów lirów dotacji otrzymują liczne religijne periodyki, ukazujące się pod szyldem nie zawsze wyłącznie reli­gijnych stowarzyszeń czy spółek. Dzieje się tak w oparciu o przyjętą w 1990 roku ustawę, która prze­widuje subwencje dla czasopism partyjnych, spółdziel­czych, wydawanych w językach mniejszości narodo­wych, a także dla czasopism wydawanych przez fundacje i inne instytucje "nie nastawione na zysk". A że pod takim szyldem działaj ą często właśnie cza­sopisma inspirowane przez Kościół, i on, jak każdy kto wydaje gazetę lub prowadzi wydawnictwo, może domagać się od państwa określonej kwoty dotacji. Możliwość ta jest bardzo doceniana w diecezji w Novara (rodzinne miasto arcykatolickiego prezy­denta Republiki Włoch Oscara Luigiego Scalfaro), która stata się prawdziwą kuźnią wydawniczo-dziennikarską: oprócz Nuova campana di S,Agabio (na­kład: 400 egzemplarzy) w Nawarze ukazuje się dzie­siątka innych maleńkich tytułów o łącznym nakładzie

około 15 000 egzemplarzy - oczywiście przy wspar­ciu państwowych subwencji. Według Włoskiej Fede­racji Tygodników Katolickich (FISC) wszystkie 11 tytułów, których redakcje mieszczą się w Novarze i prowincji, kierowane są przez te same osoby: Giu­seppe Cacciami i jego zastępcę Piero Cerutti. Sytuacja wygląda nieco inaczej w przypadku medio­lańskiego Avvenire stanowiącego własność CE1 ( 100 000 egzemplarzy nakładu); dzięki temu, że wy­daje go firma mająca formę spółdzielni, otrzymuje ona pięć miliardów dopłaty rocznej od państwa.

Oprócz dotacji "urzędowych", kolejne subwen­cje dla tytułów pozostających pod wpływem Stolicy Apostolskiej przekazuje prawdopodobnie firma rekla­mowa Multimedia Pubblicità (Mmp) będąca własno­ścią grupy Set, która została przejęta przez operatora telefonicznego Telecom. W styczniu 1998 prasa poinformowała, że rzymska prokuratura wszczęła postę­powanie zarzucając Mmp sfałszowanie bilansu i nie­legalne finansowanie partii politycznych. Akt oskar­żenia zarzucał firmie (postawionej zresztą w stan li­kwidacji po odnotowaniu straty około 260 miliardów), że zawierała umowy na preferencyjnych warunkach, nie uzasadnionych względami handlowymi, z redak­cjami wydającymi tytuły związane z partiami i mchami politycznymi. Poprzez mechanizm "zagwarantowane-

320

321

go minimum" (tj. określonej liczby reklam, które firma gwarantowała wyemitować na rzecz danych tytułów, niezależnie od rzeczywistej kwoty uiszczonych opłat) spółka Mmp miała bezprawnie wydatkować znaczne kwoty na rzecz watykańskiego L'Osservatore Roma­no, dziennika CEI Avvenire oraz na rzecz tygodnika kongregacji paulinów Famiglia Cristiana.

Przykładem biznesu, który przynosi niezłe do­chody z wydawania katolickich tytułów jest oficyna Periodici San Paolo (Sp. z o.o.) z siedzibą w Alba. Jest to duże, czwarte co do wielkości wydawnictwo (po Mondadori, Rizzoli, Rusconi) posiadające także zakład poligraficzny, w którym drukowane są gazety (około 10 tygodników, dwutygodników i miesięczni­ków) wydawane przez paulinów. Redakcje mieszczą się w Mediolanie przy via Giotto. Najważniejszą paulińską publikacją jest Famiglia Cristiana. Jej nakład wynosi ponad l milion egzemplarzy, w redakcji za­trudnionych j est (wraz z korespondentami w Paryżu i w Londynie) około 60 dziennikarzy i grafików, co stanowi zespół dwa razy większy w porównaniu z takimi tygodnikami o charakterze rodzinnym jak Gen­te (Ludzie) i Oggi (Dzisiaj), które sprzedają jednak około 700 000 egzemplarzy tygodniowo. Na sukces czasopisma składają się po trochu: praca drukami, wpływy z reklam, sieć sprzedaży (prowadzonej nie

tylko przez parafie, ale także i w kioskach), 14 ośrod­ków dystrybucji rozsianych po całych Włoszech, hoj­ne dotacje państwowe - wszystko to czyni z Famiglia Cristiana doskonały wielomiliardowy biznes.

Władcami wydawniczego imperium Periodici San Paolo są bracia zakonni - paulini. Ci naśladowcy świętego Pawła -jak charakteryzuje ich L 'Espresso - "składali śluby ubóstwa i swoje zarobki przekazują do klasztornej kasy, ale jeżdżą BMW i na wzór laic­kich managerów posługują się firmowymi kartami kre­dytowymi oraz jadają w najlepszych restauracjach. Składali śluby posłuszeństwa swoim przełożonym i papieżowi, a później - po kolei - buntują się prze­ciwko nakazom płynącym od hierarchów. Zachęcają do rozwijania ducha i służenia innym, ale w swoich własnych redakcjach rządzą żelazną ręką. Nauczają miłości bliźniego, ale umieją bezlitośnie posługiwać się przysłowiową szpilką. Paulini - bracia nożownicy. Są faktycznie duchownymi przedsiębiorcami i to przedsiębiorcami nadzwyczaj przedsiębiorczymi..."

Zgromadzenie paulinów zostało założone w 1914 roku przez księdza Giacomo Alberione, który od samego początku głosił swoją wolę

322

323

ewangelizowania innych przez oddziaływanie masme­diów. Obecnie paulini działają w 27 krajach. Łącznie paulinów zakonników i paulinów laickich (laiccy zło­żyli wszystkie śluby, ale nie mogą udzielać sakramen­tów) jest około 1200. Zorganizowani są w ramach tzw. prowincji. Najliczniejsza i najsilniejsza jest prowincja włoska licząca 376 członków. Grupa wydawnicza Świętego Pawła (publikująca gazety, książki, mate­riały audiowizualne) stanowi przede wszystkim wiel­kie zaplecze finansowe, które umożliwia dzielić zyski zarówno wśród braci włoskich i wśród prowincji za­granicznych. Podział środków odbywa się za pośred­nictwem organizacji St. Paulus Intemational. Od roku 1980 paulini prowadzą w Rzymie także SPICS - uni­wersytet ze specjalnością: środki przekazu (w którym rocznie pobiera naukę około 40 studentów).

Od wielu lat uznanym szefem paulinów jest ksiądz Leonardo Zega, którego wrogowie nazywają "Nietykalnym". Urodził siew 1928 roku w Sant'An­gelo in Fontano. Od habitu woli doskonałej jakości garnitury -jak zresztą przystało na managera niezbyt skłonnego do studiowania Ewangelii, a o wiele bar­dziej zainteresowanego analizą wielomiliardowych bi­lansów wydawnictwa (około 300 miliardów obrotu, 700 pracowników i ogromny majątek w nieruchomo­ściach). Władza księdza Zega jest zatem bardzo

rozległa, i to nie tylko w obrębie zgromadzenia, jak i wewnątrz watykańskich murów.

W połowie roku 1995 między paulinami rozpa­liła się zaciekła wojna. Wszystko zaczęło się z chwi­lą, kiedy to Tommaso Mastrandrea, pełnomocny czło­nek zarządu wydawnictwa zwolnił dyrektora handlo­wego Corrado Minellę. Powodem zwolnienia było od­krycie, że ten świetny manager -jedyna osoba laicka w gronie ścisłego kierownictwa - naruszył postano­wienia zawartej umowy i uczestniczył w innych spół­kach wydawniczych (Agepe, Christian Jacques, Publistampa, Alfa Linea, Park engineering, Cep Communication Italia), przy czym nawet jedną z tych spółek - Harnac - utworzył w 1988 roku wraz z żoną, która w tym czasie w wydawnictwie San Paolo pełni­ła funkcję osoby odpowiedzialnej za utrzymywanie publics relations z RAI. Natomiast publiczna telewi­zja włoska (RAI) za pośrednictwem spółki Sipra zaj­mowała się reklamą Famiglia Cristiana i innych ga­zet wydawanych przez Periodici San Paolo. Współ­praca ta podobno miała sprawić, że dziesiątki milio­nów lirów rocznie trafiało do kasy Harnac.

I tak rozpoczęła się bezpardonowa wojna pomiędzy księżmi -managerami całej grupy. Mastran­drea zażądał od księdza Zegi, aby usunął nazwisko Minelli ze stopki gazet, ale wpływowy dyrektor -jako

324

325

że Minnella był jego ścisłym współpracownikiem - zi­gnorował to żądanie. Natomiast ksiądz Silvio Pignotti, korzystając z prerogatyw przysługujących mu jako przełożonemu zgromadzenia, postanowił unieważnić zwolnienie Minnelli z pracy. W tym celu zwołał zgro­madzenie wspólników spółki, które miało wybrać nowy zarząd spółki w miejsce obecnego ustanowio­nego kilka miesięcy wcześniej, w którym działał zgod­ny duet księży: Mastrandrea - Andreatta. A między Stefano Andreatta, pełniącym również funkcję dyrek­tora generalnego Periodici San Paolo, oraz księdzem Zegą żarzyło już pewne zarzewie konfliktu wobec zmiany postaw tego pierwszego.

W zaistniałym konflikcie ksiądz Paolo Saorin, przełożony prowincji zgromadzenia paulinów, przeciw­stawił się księdzu Pignottiemu i pozwał do sądu Wa­tykan. Dnia 11 listopada 1995 biskup Francisco Erraruiz Ossa doręczył księdzu Pignottiemu list od kar­dynała Eduardo Martineza Somalo (przewodniczące­go Komisji d/s Zakonów), który wzywał księdza Pignotti do zawarcia kompromisu z księdzem Saorin. Ale wszystko okazało się bezskuteczne: aby wyrugo­wać rywali księdza Zegi, ksiądz Pignotti doprowadził do zatwierdzenia uchwały o zmniejszeniu liczby człon­ków zarządu spółki Periodici San Paolo. I tak zgro­madzenie wspólników przedłużyło ważność mandatu

tylko dwóch członków: prezesa księdza Giuseppe Proietti i brata zakonnego Antonio Micocci, powołu­jąc jednocześnie dwóch nowych członków: księdza Pietro Campusa i brata Bergamini.

Na początku roku 1996, aby uniemożliwić ewentualny powrót swojego przeciwnika księdza Ste­fano Andreatty, ksiądz Zega rozgrywa decydującą kartę: rozważa swoje odejście z kierownictwa grupy wydawniczej, ale pod określonymi warunkami. Do swoich przełożonych pisze zatem list.

"Strumień plotek i oszczerstw zdaje się nigdy nie wyschnąć... Nie pozostaje mi więc nic innego, jak przystać na propozycję wypowiedzianą kiedyś jasno przez moich wysokich przełożonych: opuścić włoską prowincję zakonną, w której nie widzę już dla siebie miejsca... Nie mogę jednak ani nie chcę porzucić dzie­ła, które powstało z mojej inicjatywy, Ì to przynaj­mniej do końca okresu umowy, tj. do 1998 roku. Jed­nakże, biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację, uważam za nieuniknioną rezygnację z funkcji kierowniczych w Famiglia Cristiana, ale chcę zachować tytuł dy­rektora... Będę zatem także redagował rubrykę "Roz­mowy z Ojcem" i w nowej roli będę uczestniczył w życiu gazety..." - a to wszystko pod warunkiem, że nowym dyrektorem tygodnika stanie się współdyrektor - Antonio Sciortino.

326

327

Jednak ksiądz Zega pozostaje na swoim stano­wisku, a zwolnienie Minelli zostaje odwołane.

- Utrzymywanie kontaktów Minnelli ze spółka­mi spoza grupy - oświadczył ksiądz Zega w jednym z wywiadów - było zlecone przez nas samych i odby­wało się za naszą zgodą. W każdym razie byliśmy o nich poinformowani, i z tego powodu fakt ten nie mógł stanowić przyczyny wypowiedzenia umowy o pracę. Co do spółki Hamac - to wszystko jest nie­prawdą, w obiegu krążą fałszywe dokumenty, które, być może, zostały wykradzione z mojej kasy. Niech ci, co się na nie powołują, będą uważni.

Po powyższych perypetiach ksiądz Zega znowu był górą i mógł przystąpić - działając przez podsta­wione osoby - do przeprowadzenia czystek wśród swoich wrogów. Z hukiem zwolniony został zatem ksiądz Giovanni Serra, który od lat był kierownikiem działu dystrybucji, a który zawinił opowiadając w wywiadzie udzielonym pewnej gazecie o swoich nie­snaskach z Minellą- powodem decyzji o jego zwol­nieniu było niezachowanie tajemnicy służbowej. Póź­niej przyszła kolej na księdza Stefano Andreattę. Naj­pierw został wykluczony z dyrekcji generalnej, a na­stępnie wezwany przez przełożonego generalnego zgromadzenia paulinów do odejścia. List, który skie­rował do niego ksiądz Pignotti 26 stycznia 1996, jest

majstersztykiem hipokryzji: "Drogi księże Stefanie, miałem nadzieję, że przykra sytuacja, w której się zna­lazłeś po usunięciu Ciebie przez dyrektora generalne­go, znajdzie rozwiązanie w trakcie najbliższych tygo­dni. Z informacji, które do mnie doszły - domniemy­wam, że ta niezręczna sytuacja ciągle trwa. Dla Two­jego dobra, radzę Ci, żebyś na kilka miesięcy skorzy­stał z odpoczynku odrywając się na jakiś czas od śro­dowiska pracy i znajomych. Wiem, że w Australii masz krewnych, z którymi utrzymujesz dobre kontakty. Mógłbyś pojechać i spędzić jakiś czas z nimi..." Ksiądz Andreatta nie skorzystał z "braterskiej rady" i dlate­go, 8 lutego 1996, został zwolniony.

Cztery dni później, przełożony prowincji zgro­madzenia paulinów, Saorin poprosił swoich zakonnych braci do wysłania pism solidarności z Andreatta. Aby go wesprzeć, fatyguje się nawet "Numer dwa" w Wa­tykanie, kardynał Sodano, który wzywa księdza Pi­gnotti (wysyłając najpierw do niego telegram, a póź­niej bezpośrednio podczas spotkania w Rzymie) do pojednania się z księdzem Andreatta, co sprawi­łoby przyjemność papieżowi. Korzystając z poparcia księdza Zegi i księdza Piętro Campusa (który w mię­dzyczasie mianowany został dyrektorem generalnym), ksiądz Pignotti ignoruje watykańskie dyrektywy i do kierownictwa czasopisma Jesus wprowadza

328

329

księdza Vincenzo Marre. Tercet ten cieszy się jaw­nym poparciem ze strony znanego z postępowej orien­tacji kardynała z Mediolanu Carlo Marii Martiniego.

Następnie ksiądz Zega ogłasza, że po spotka­niu z wysokimi hierarchami Watykanu zdołał załago­dzić wszystkie nieporozumienia.

Spotkałem się z sekretarzem stanu - stwierdził - i wszystko sobie wyjaśniliśmy. Drodzy kardynało­wie, drodzy biskupi, przedsiębiorstwa nie mogą być zarządzane zgodnie z prawem kanonicznym, które na­daje się dla klasztorów. Jesteśmy firmą, w której pau­lini nie mogą być traktowani inaczej niż pozostałych 700 pracowników laickich.

Konflikt między Watykanem i księdzem Zegą rozpali się wkrótce na nowo, bowiem ksiądz-manager nie dostosował się do dyrektyw Kościoła.

W swojej cotygodniowej rubryce "Rozmowy z Ojcem" szef paulinów mówi w sposób otwarty o aborcji, moralności w seksie, antykoncepcji, masturbacji, homoseksualizmie... Ksiądz Zega obala rów­nież istniejące od zawsze tabu - stwarza możliwość reklamy bielizny na stronach Famiglia Cristiana.

Ta polityka otwartości rozszerza się również na czasopismo Famiglia oggi (Rodzina dzisiaj) kie­rowane przez siostrę Cristmę Beffa. Zakonnicy, która musiała za to odpowiadać przed Świętym Oficjum

i kardynałem Josephem Ratzingerem, nie przebaczo­no autoerotycznych opisów, które w Kościele zawsze traktowano jako "obrzydliwy grzech".

W końcu Famiglia Cristiana zajmie się także dwoma arcydelikatnymi zagadnieniami: brakiem de­mokracji w łonie Kościoła i problemem finansów w diecezjach. Severino Dianich, będący jednym z naj­popularniejszych teologów, pisze w tygodniku kiero­wanym przez księdza Zegę, że "wiara nie podlega decyzjom większości... Istnieje wiele rozległych ob­szarów, w których decyzje mogłyby być podejmowa­ne przez organy przedstawicielskie ludu bożego... Wydaje się dosyć oczywiste, aby to konferencja bi­skupów japońskich wybierała japońskich biskupów, a nie jakiś szczebel władzy w kurii rzymskiej, znajdu­jącej się 12tysięcykmod Japonii". W powyższej kwe­stii (znajdującej się wśród postulatów ruchu "My je­steśmy Kościołem") grupa włoskich teologów i inte­lektualistów katolickich rozpoczęła w 1996 roku ak­cję zbierania podpisów, ale bez powodzenia. Jednak­że w 1995 roku w Niemczech podpis pod analogicz­nym dokumentem złożyły dwa miliony wiernych (w Austrii pół miliona).

Natomiast na temat watykańskich finansów ten sam teolog pisze: "Nie byłoby w żaden sposób sprzeczne z wiarą, gdyby w diecezji nie było biskupa,

330

331

ale rada kompetentnych wiernych, która decydowa­łaby o przeznaczeniu pieniędzy należących do wspól­noty, albo gdyby w parafiach inicjatywy społeczne były prowadzone przez osoby laickie, które się na tym dobrze znają".

Do udzielenia odpowiedzi na powyższe kwestie Watykan zobowiązał kardynałów Ratzingera i Ruinie-go, którzy w listopadzie 1996 wezwali przełożonego generalnego zgromadzenia paulinów - księdza Pignottę i zganili go za treści zamieszczone w artykułach z trzech gazet oraz zagrozili powołaniem komisji, która miała­by sprawdzać, przed każdą publikacją, treść artyku­łów - a więc wprowadzeniem pewnej formy cenzury. Ksiądz Pignotti wystosował po spotkaniu do komite­tu redakcyjnego wydawnictwa pismo, w którym przedstawił zamiary hierarchów z watykańskich szczy­tów. Wówczas ksiądz Zega, za poparciem redakcyj­nego związku zawodowego dziennikarzy, oświadczył prasie, ieFamiglia Cristiana nie zmieni swojej linii.

- Do czasu kiedy ja będę redaktorem naczel­nym, nie będzie w tym zakresie zmian. Nie boję się żadnych nacisków. Jeżeli jutro naprawdę będą chcieli zmienić linię gazety, to najpierw będą musieli zmienić naczelnego, to znaczy mnie.

W zaistniałej sytuacji interweniuje osobiście papież. W piśmie upublicznionym przez biuro

prasowe Watykanu 28 lutego 1997 Jan Paweł II na­kazuje zwierzchnikowi paulinów biskupowi Antonio Buoncristiani, wysokiemu prałatowi z kręgów zbliżo­nych do rzymskiej czarnej szlachty, aby podjął się za­dania "unormowania" działalności wydawniczej spół­ki Periodici San Paolo.

W informacji podpisanej wspólnie przez bisku­pa Antonio Buonristianiego i przez generalnego prze­łożonego księdza Silvio Pignottiego, podaje się do wia­domości, że "paulini przyjęli treść listu papieża z po­wagą i zamierzają bezwarunkowo dostosować się do istniejących w nim zaleceń... Do struktury spółki w chwili obecnej nie będzie się wprowadzało zmian, a kierownictwa poszczególnych tytułów pozostaną na swoich stanowiskach". Z dużym taktem, aby nie po­wodować nowych zatargów, biskup Buoncristiani wzywa na rozmowę niepokornego księdza Zegę (po raz ostatni 6 listopada 1997) prosząc go o odej­ście ze stanowiska, ale na próżno. Naczelny redaktor odpowiada mu, że pozostawi ster redakcji tylko wte­dy, gdy zażąda tego ksiądz Pignotti, to znaczy jego wydawca.

W styczniu 1998 woj na wśród paulinów rozpa­la się na nowo. Katolicka agencja informacyjna Adista pisze na temat watykańskiego komisarza - biskupa Antonio Buoncristianiego: "Wydaje się,

332

333

że Buoncristiani za swoją pracę komisarza przynosi do domu jedenaście milionów miesięcznie i że dla spo­kojnego wypełniania swoich służbowych obowiązków urzęduje w biurze, którego remont (przeprowadzony na jego żądanie) ma kosztować około 100 milionów lirów. Włączając w to także i wannę z hydromasażem Jacuzzi". Watykański komisarz informację tę demen­tuje grożąc pozwami do sądu.

Wypowiedzi na temat seksu, otwarcie na naj­bardziej palące problemy życia społecznego, różnice w odniesieniu do tendencji watykańskich - to jedno. Ale gdzieś w głębi jest jeszcze inna ważna przyczyna ustanowienia papieskiego "zarządu komisarycznego" : obrót grupy wydawniczej wynosi rocznie - i to we­dług bardzo realnych oszacowań - około tysiąca mi­liardów lirów, z czego trzysta miliardów tylko w sa­mych Włoszech.

Oprócz czasopism wydawanych przez paulinów, oficjalna katolicka działalność wydawnicza reprezen­towana jest przez miesięcznik Studi cattolici (Studia katolickie) - pod redakcją Cesare Cavallieriego, członka Opus Dei - a przede wszystkim przez dziennik Avvenire (Przyszłość) i L'Osservatore Romano

(Rzymski obserwator), będące autentycznymi mega­fonami Stolicy Apostolskiej.

Mediolański àzìeY\nikAvvenire ~ własność CEI, a więc włoskich biskupów -jest rodzajem oficjalnego organu Kościoła Rzymskokatolickiego. Dziennikowi towarzyszy opinia przesadnej nowoczesności oraz bra­ku uprzedzeń, czego przykładem może być choćby zwyczaj publikowania uszczypliwych felietonów na temat takiej lub innej osobowości telewizyjnej.

Jednakże należący do CEI dziennik zajmuje się przede wszystkim nawracaniem najmłodszych. Od 1996 roku wydaje co drugi tydzień dodatek Popotus będący opowiadaniem aktualności dzieciom. Uzupełnieniem jego jest trzydziestostronicowy miesięcznik Noi genitori e fìgli (My rodzice i dzieci), będący rodzajem biuletynu Minculpop w katolickim sosie.

Organem oficjalnym Stolicy Apostolskiej jest L'Osservatore Romano, którego nakład jest odwrot­nie proporcjonalny do autorytetu. Zgodnie z maksymą papieża Montiniego, że L 'Osservatore nie ma po­dawać wiadomości, ale tworzyć myśli, kieruje redak­cją Mario Agnes, który zwykł mówić o sobie: "jestem kamerdynerem Boga", a który faktycznie jest kamer­dynerem czołobitnym zawsze wobec władzy, zarów­no tej kościelnej, jak i politycznej. O Agnes Corriere

334

335

della Sera pisał: "Nie drukuje tego, co rzeczywiście myśli Jego myśli już zostały wymyślone, »obmyślone« przez wysokich hierarchów, a doniosłe słowa, które czasami pisze, skrywają słowa przyjaźni, których nie ujawnia... Tak oto wąskim korytarzem wolności Ma­rio Angesa jest dwuznaczność..."

Sześćdziesięciopięcioletni Mario Rosario Pompeo Agnes, pochodzący z Avelline (ma brata Biagio -byłego dyrektora generalnego RAI i STET), od za­wsze był katolickim integrystą. Kultywując rodzinną tradycję (siostrzeniec biskupa Mariano Vigorita) od 1973 do 1980 pełnił funkcja przewodniczącego Akcji Katolickiej, a obecnie - oprócz kierowania wa­tykańskim dziennikiem - wykłada chrześcijaństwo na uniwersytecie. Prowadzi klasztorne życie dzieląc je wyłącznie pomiędzy domem (w Watykanie, zajmu­je wielkie mieszkanie wraz z siostrą Luisą) i pracą w redakcji.

Z uwagi na sztandarową pozycję gazety, jego artykuły znajdują często echo w innych dziennikach, jak na przykład 6 listopada 1995, kiedy zaatakował bezpośrednio prokuratorów uczestniczącym w akcji "Czyste ręce". Określił ich wówczas jako władzę, któ­ra "przekroczyła granice wyznaczone przez prawo ustanowione przez państwo, stwarzając wrażenie, i to uzasadnione wrażenie, że stała się jedyną władzą.

A ci, którzy tę władzę uosabiaj ą, wydają się prezen­tować w oczach obywateli tę postawę, którą daw­niej, i wobec innych, określano mianem arogancji". Potem zaś - odnosząc się wprost do byłego prokura­tora Antonio Di Pietro - stwierdził: "a w tym czasie znajduje się ktoś, kto uzurpując sobie miano »bohatera« zmienia zawód i rolę oraz porzuca to, co robił. Nie odczuwa obowiązku wytłumaczenia się wobec ko­gokolwiek - a tym kimkolwiek są tu obywatele - mimo że powinien byłby się wytłumaczyć; następnie to jemu stawiane są zarzuty, a mimo to wydaje się prospero­wać, wydając dziś jakieś oświadczenie lub coś de­mentując, a godząc się jutro na jakieś spotkanie, wy­dając decyzje o charakterze politycznym". Po czym, aby dopełnić obrazu, redaktor naczelny L'Osserva­tore Romano ujął się za osobistością, która "stwo­rzyła kawałek historii", to znaczy Giulio Andreottim. "Chce się znaleźć i sądzić faktycznych zabójców Pecorelliego [pod tym zarzutem, między innymi, stanął przed sądem Andreotti], czy też dać upust politycz­nym urazom wobec osób i temu, co one reprezento­wały?".

Reakcja Agnesa była elementem prawdziwej kampanii przeciwko prokuraturze, która ośmieliła się prowadzić śledztwo i oskarżać przed sądem wpływowe osobistości, kampanii, która nabrała

336

337

formy groteski usiłując oskarżać i prokuratorów, i sę­dziów.

Celestine Bohlen w Herald Tribune z 26 grud­nia 1996 porównała L'Osservatore Romano do ówczesnej Prawdy - organu partii komunistycznej byłego ZSRR: "Niekompletny serwis informacyjny, pomijanie niewygodnych tematów, brak możliwości, aby dziennikarze byli w stanie wyrazić ewentualny pro­test, realne zagrożenie ekskomuniką dla tych, którzy ośmielają się powiedzieć coś poza wspólnym chór­kiem... L'Osservatore czytany jest, podobnie jak Prawda, ze względu na informacje, których nie za­mieszcza..."

Katolickim wydawnictwem książkowym, które z maleńkiej firmy stało się bardzo dużym przedsiębior­stwem - jest Piemme z Asti. Chociaż prowadzone przez arcykatolickiego Piętro Marietti (47 lat, syn za­łożyciela) wydawnictwo jest formalnie od Stolicy Apo­stolskiej niezależne, to jednak wydaje się wcale takim nie być: "O wszelkich naszych decyzjach, które po­dejmujemy w sposób zupełnie niezależny, powiada­miamy Sekretariat Stanu. Nigdy nie zdarzyło się, żeby wyraził sprzeciw. Jesteśmy otwarci na wszystko, co dotyczy świata katolickiego... Nasza oficyna jest wydawnictwem katolickim, które działa jak wielkie fir­my laickie".

Firma Marietti, założona w 1920 roku, prawie przez cały wiek miała - wraz z dwoma innymi wydaw­nictwami na świecie - wyłączność na wydawanie ła­cińskich pozycji liturgicznych z papieskim imprimatur. Potem, od 1983 roku, uległa pokusie działalności handlowej, i pod nową nazwą Piemme przeżywała boom, którego istotnym elementem było wydawanie wielonakładowych przedruków i kalendarzy pisanych przez siostrę Germane. W grudniu 1996 zakonnica podała wydawnictwo do sądu, zarzucając mu naru­szenie praw autorskich. Sąd wydał wyrok dla Piem­me niekorzystny i nakazał siostrze wypłatę sporego odszkodowania (756 milionów lirów - oprócz kwot, które zapłacono jej już wcześniej).

Wydawnictwo Piemme wydało szereg bestsel­lerów napisanych przez kardynałów i biskupów (Martiniego, Biffìego, Maggioliniego), księży (Davida Ma­rii Turoldo), jezuitów (Pintacuda, Sorge) i autorów pre­ferujących katolicyzm.

Z zasady nie wydajemy- oświadczył Marietti -jedynie pozycji wychwalających przemoc oraz tych, które zawierają bezpodstawne ataki na Kościół. Kilka miesięcy temu odrzuciliśmy opracowanie nie­mieckiego teologa Eugena Drewermanna.

Wydawnictwo Piemme to dzisiaj ogromny biz­nes. Były harcerz Marietti i jego współpracownicy

338

339

wydają się niestrudzeni : sprzedają książki z różnymi gadżetami, miliardy lirów płacą za telewizyjne kam­panie reklamowe, przeznaczaj ą wielomilionowe kwoty na pozyskanie czytelników, organizuj ą gigantyczne im­prezy, wydają wysoko nakładowe czasopismo, które wysyłaj ą nauczycielom (wpływając tym na dobór lek­tur szkolnych) i przez specjalnie utworzone w tym celu stowarzyszenie organizują dla nauczających kursy do­skonalenia zawodowego.

Od 1992 roku w zarządzie wydawnictwa, któ­rego członkami są Marietti, Carlo Cavanna, a także Lorenzo De Petris i Femando Cahgaris, zasiada rów­nież trzech Hiszpanów: Jorge Teig Delkader, Javier Francisco Larrea Carretero i Manuel Pacual Gonzalez Rubio, reprezentujący Jose Luisa Cortesa (dyrek­tora wydawnictwa Piemme junior, wydającego książ­ki dla dzieci). Wszyscy czterej są członkami fundacji Fundacion Santa Maria - katolickiego zgromadzenia, którego wydawnictwo zmonopolizowało w Hiszpanii rynek książek dla dzieci. Wydawnictwo Piemme pla­nuj e utworzyć jego odpowiednik we Włoszech, to znaczy zamierza zarabiać kolejne miliardy na książ­kach i katolickich materiałach audiowizualnych, które będą "kształtować" umysł przyszłych ludzi dorosłych. Z papieskim błogosławieństwem.

Poczynania spółki Piemme stanowią jedynie mały strumyk rwącej rzeki katolickiej działalności edy­torskiej. Biznes ten koncentruje się przede wszystkim w wielkich księgarniach religijnych: ponad setka ta­kich księgami znajduje się we Włoszech, około osiem­dziesiąt z nich należy do grupy San Paolo-Paoline. Sprzedaje się tam zarówno beletrystykę jak i eseje, których wprawdzie nie spotyka się na laickich listach bestsellerów, ale które znajdują się na honorowym miejscu listy miesiecznika  Letture wydawanego przez firmę San Paolo.

Z rzadka tylko Stowarzyszenie Wydawców Ka­tolickich (UECI) podaje liczby sprzedanych egzem­plarzy, ale kiedy to robi, to prezentuje nakłady na­prawdę imponujące. Pozycje takie, jak Krótkie mo­dlitwy przed kolacją czy Pomówmy w rodzinie o telewizji, których autorem jest Carlo Maria Marti­ni, dawno Już przekroczyły - każda z nich - nakład miliona sprzedanych egzemplarzy. Tak jak sprzedano ponad milion egzemplarzy Hipotez na temat Jezusa, których autorem jest katolicki historyk Vittorio Mes­sori. Jednak absolutne pierwszeństwo w rozmiarach sprzedaży przypada liturgicznej antologii noszącej pro­sty tytuł Modlitwy. Według UECI pozycja ta sprze­dała się prawie w trzech milionach egzemplarzy.

340

341


Superstar mass mediów

Sobota, 25 listopada 1995, Watykan, Sala im. Pawła VI. -1 oto senator Giulio Andreotti! - zaanon­sował biskup Fiorenzo Angellini. Obecni - sala wy­pełniona specjalnymi gośćmi - witali go ponad pięcio­minutową owacją na stojąco. Dostojnicy, biskupi i kar­dynałowie klaskali z entuzjazmem. Wśród nich był również Jan Paweł II, który z zadowoleniem wszyst­kiemu się przyglądał. Wiedział, przez jak długie lata Giulio Andreotti oddawał nieocenione przysługi zarów­no Kościołowi, jak i jego politycznemu ramieniu -Chrześcijańskiej Demokracji. Ani dla długiej ławy purpuratów, ani dla Ojca Świętego nie miało żadnego znaczenia, że przeciwko podeszłemu wiekiem

343

chadeckiemu senatorowi, który przez lata był boha­terem najbrudniejszych intryg w świecie władzy, to­czył się właśnie proces o jego związki z mafią (w są­dzie w Palermo) i o zabójstwo Mino Pecorelliego (w Perugii). Pięć minut rzęsistych braw ze strony przedstawicieli Boga było wręcz równoważne "boskie­mu rozgrzeszeniu" dla pięciokrotnego premiera Włoch.

13 grudnia 1995 z mównicy przy ołtarzu w ba­zylice Świętego Piotra - zgodnie ze scenariuszem ob­myślonym przez mistrza ceremonii liturgicznej bisku­pa Piero Mariniego - przemawiał w ramach spotkania z młodzieżą akademicką student, Maurizio Anastasi. I - niespodziewanie - przy marmurowej ciszy zajętej przez prałatów ławy student wypomniał papieżowi, w jego obecności, ową owację na cześć Andreottiego oraz bezwarunkowe poparcie, którym ekspremier cieszy się wśród watykańskiej hierarchii. Po skończo­nej przemowie, aby uniemożliwić wyemitowanie ma­teriału, służby papieskie zarekwirowały kasetę z na­graniem uroczystości, wykonanym przez katolicką sta­cję telewizyjną Telepace.

Ale wróćmy do momentu i miejsca wspomnia­nej przez studenta owacji.

Senator Andreotti i biskup Angelini promienieją z radości. Bo faktycznie, tych dwóch to świetni przy­jaciele, i to od dawna. To o tym właśnie solidarnym

związku opowiadał Mino Pecorelli w czerwcu 1978 -o historii wspólnej religijnej wiary, ale przede wszyst­kim o historii wspólnych interesów i obopólnych, wza­jemnych przysług.

W czasach tych monsignore Angelini skupiał godności: biskupa tytularnego Messyny, honorowy tytuł commendatore Duch a Świętego, pełnomocnika papieskiego do niesienia posługi religijnej w szpita­lach i klinikach Rzymu, krajowego asystenta kościel­nego przy zrzeszeniu włoskich lekarzy katolickich.

- Monsignore Angelini - pisał Pecorelli -jest osobistością nad wyraz znaną w kręgach farmaceu­tów i lekarzy. W Ministerstwie Zdrowia mówi się, że jest jego domownikiem od chwili swego urodze­nia. Jest przyjacielem ministrów, sekretarzy, podse­kretarzy, a wydaje się, że i niektórych sekretarek też. Jest tak wpływowy i tak się go boją, że jego wizyty w Ministerstwie Zdrowia są przyjmowane z honoro­wym komitetem powitalnym i z orkiestrą. Od niepa­miętnych czasów jest przyjacielem Andreottiego, a szczególnie czczony jest przez ludzi u steru minister­stwa. Mówi się, że jemu, z racji powiązań braterską przyjaźnią, jak i z racji wspólnoty interesów, a także zważywszy na jego żarliwą katolicką wiarę i bogobojność, nawet profesor Poggiolini, dyrektor generalny de­partamentu farmaceutyki niczego nie umiałby odmówić.

344

345

Głośno mówiono o firmach farmaceutycznych, które dzięki zabiegom wpływowego Angeliniego, po­zostającego w politycznym układzie z jeszcze bardziej wpływowym Andreottim, uzyskały podwyżkę cen na swoje lekarstwa.

- Prawdziwe powody - pisał Pecorelli - oprócz zawiadującego firmą, zna tylko biskup Angelini i kilka innych osób. Na przykład warto byłoby o to spytać Ferruccio De Lorenzo, ówczesnego podsekretarza w Ministerstwie Zdrowia i prezesa Krajowej Federa­cji Izb Lekarskich.

Pecorelli, który także był członkiem Loży P2, mówił w ten sposób o swoich "braciach": Poggiolinim i De Lorenzo, biskupie Angelinim (którego nazwisko widniało na liście domniemanych członków Loży Wa­tykańskiej) i o Andreottim - zanim zaistniał skandal z lat dziewięćdziesiątych. Bohaterami tego skandalu byli właśnie Poggiolini i Francesco De Lorenzo.

W połowie lat dziewięćdziesiątych biskup An­gelini był w Watykanie ciągle jeszcze potęgą: należał do najbardziej żarliwych zwolenników wcielania się papieża w rolę supergwiazdy mass mediów. I faktycz­nie, Jan Paweł II został obwołany przez media żyją­cym pomnikiem. Naukowiec Alfonso Maria Di Noia (były wykładowca historii religii w uniwersytecie trzeciego wieku w Rzymie) określił go "papieżem

przeciętnym, o niezbyt wysokim poziomie intelektual­nym, niezdolnym do objęcia znaczenia obecnych cza­sów, ponieważ z pozycji niewyobrażalnego otwarcia przechodzi do typowych dla teologii średniowiecza pozycji ideologicznego zamknięcia", a który swoją ogromną popularność i charyzmę zawdzięcza wizerun­kowi, który czyni z niego papieża-idol a: "jest piękny, jest silny, jest idolem, porusza instynkt Erosa i instynkt Życia, wyzwala Kościół od ponuractwa, wydaje się otwartym na świat, bo ma basen i wyjeżdża na narty". To papież "średniowieczny" przebrany w strój "nowo­czesności", papież, który oczekując nadejścia święta "pierwszego milenium ery telemediatycznej" - to jego własne słowa - podjął decyzję, czego żaden jego po­przednik nie ośmielił się dotychczas uczynić: użyczył watykańskiego emblematu w celu reklamowania pro­duktów handlowych.

Stało się tak w październiku 1995 po ostatniej wizycie Jana Pawła II w Stanach Zjednoczonych, kie­dy to zezwolił kilku firmom na wykorzystywanie em­blematu papieskiego dla celów handlowych. Według amerykańskiego dziennika finansowego Wall Street Journal, rynek USA zostanie wkrótce zalany masą towarów z watykańskim znaczkiem: koszulkami, pocztówkami, biżuterią, zegarkami i wszelkiego ro­dzaju gadżetami.

346

347

Bezwstydna operacja handlowa, upowszechnia­na za pomocą reklamowych spotów, prowadzona jest przez Archiwum Watykańskie.

Uznawane jest ono za jedno z najbardziej istot­nych i największych na świecie. Przechowuje zbiory książek, dzieł sztuki, prace naukowe, około miliona egzemplarzy książek. Ponadto posiada tysiące dru­ków, obrazów i narzędzi naukowych.

Oblicza się, że interesy te przyniosą do kasy IOR około dwadzieścia milionów dolarów rocznie.

- To legalny sposób uzyskania pieniędzy -oświadczył Leonard Boyle, kustosz Biblioteki Waty­kańskiej. - Zresztą, zważywszy na szczupłość środ­ków, zmuszeni jesteśmy trzymać w zamknięciu więk­szą część dzieł, które posiadamy.

Jednakże jakiś czas później Boyle został zdjęty ze stanowiska i zastąpiony przez ojca Raffaele Farina (byłego rektora uniwersytetu salezjanów). L'Osserva­tore Romano pisał o tym Jak o najzwyklejszym wy­darzeniu; w rzeczywistości ojciec Boyle, który prze­szło trzynaście lat szefował bibliotece, w którego ge­stii pozostawała księgarnia watykańska, drukarnia i zbiory samego papieskiego dziennika - został prze­niesiony na emeryturę bez żadnego uprzedzenia, w czasie kiedy przebywał za granicą, i to rok wcze­śniej niż powinien (wiek emerytalny ustanowiono

na 75 lat). "Według tego, co sam prefekt wyznał swo­im przyjaciołom, zdjęcie go ze stanowiska miało miej­sce w tym samym czasie, kiedy sąd watykański wy­dał postanowienie o zamknięciu sklepiku, gdzie han­dlowano wszelkimi produktami (kopiami pergaminów, reprodukcjami, pamiątkami) z biblioteki, a także bar­ku. Pozornie bez żadnego wyraźnego powodu papie­scy sędziowie zastopowali całkiem dobrze prosperu­jący biznes polegający na sprzedaży wszelkich mate­riałów wytwarzanych przez Bibliotekę Watykańską. Wierząc w to, o czym głośno w Watykanie mówiono, zablokowanie to należy łączyć z serią przegranych spraw sądowych, wytoczonych przez spółki wydaw­nicze, z którymi Stolica Apostolska zawarła niegdyś umowy o wyłączności na reprinty książek i reproduk­cję dokumentów. Wydaje się, że biblioteka wielokrot­nie nie dotrzymywała tych umów, dlatego też poszko­dowane firmy zażądały zapłaty kar umownych na łącz­ną kwotę około 12 miliardów lirów"

Po archiwum kolej przyszła na muzeum, które udzieliło zgody na korzystanie z jego znaku wraz z oso­bistym błogosławieństwem Jana Pawła II. W listopa­dzie 1995 spółka Clementoni z Recanati podpisała ze Stolicą Apostolską umowę, na mocy której nabyła prawa do produkcji puzzli przedstawiających sławne dzieła Watykańskiego Muzeum - obrazy Michelangela,

348

349

Rafaela, Perugina... Spółka Clementoni, pracująca nad poszerzeniem oferty o licencjonowane przez Stolicę Apostolską gry, będzie mogła sprzedawać swe towa­ry również, a raczej - przede wszystkim - z okazji jubileuszu roku 2000, kiedy to miliony pielgrzymów nawiedzą Rzym i inne pełne zabytków włoskie miasta.

Chociaż on sam stał się supergwiazdą masme­diów, to jednak Jan Paweł II nie szczędzi słów kryty­ki wobec środków masowego przekazu. Na przykład w trakcie niedzielnego spotkania 28 stycznia 1996 na placu Świętego Piotra papież grzmiał:

"Wolność słowa nie jest celem samym w sobie... Prasa powinna być na usługach prawdy, solidarności i pokoju... Informacja łatwo poddaje się rynkowym gierkom". Dwa miesiące później wezwał do wyłącza­nia telewizora przynajmniej przez jeden tydzień w trak­cie Wielkiego Postu oskarżając mały ekran o "działa­nie na szkodę życia rodzinnego, rozpowszechnianie fał­szywych i poniżających wartości i wzorców zacho­wań. Teraz już seks i przemoc jest nawet w telewizyj­nych programach dla dzieci".

Medialna supergwiazda podoba się wszystkim. Nawet powszechnie znanemu tradycyjnemu "księdzożercy" - nobliście Darto Fo.

- Karol zaczął mówić do ludzi, do mas, do osób, które cierpią... Podróżując wiele zrozumiał. Chyba zrozumiał to, że pokazywano mu sztuczne mia­sta i kraje, miejsca "podrasowane", gdzie rzeczywi­stość była... pieczołowicie ukryta, a bieda na czas jego pobytów dokładnie zakamuflowana. Chyba zrozumiał też, że wśród tych zafałszowań były również i takie, że przed nim czy obok niego stawali autentyczni ban­dyci, łobuzy, łajdaki, którzy ściskali jego dłoń...

Uroczystym napomnieniom na temat mediów to­warzyszą fakty zadziwiające. Jak, na przykład, zda­rzenie z marca 1996, kiedy papież zdecydował się wy-stąpić w pewnym fìlmiku reklamowanym dla telewizji (trwającym 45 sekund, emitowanym w wielu krajach, gdzie katolicyzm cieszy się dużym poparciem). Ojciec Święty pokazywany Jest w trakcie samotnego space­ru (w 1984 roku w kanadyjskim lesie), ma żwawą minę - choć podpiera się laską - i odmawia różaniec po łacinie - wraz z innymi głosami spoza kadru i śpie­wem chóru Radia Watykańskiego. Spot reklamuje zestaw dwu płyt CD - lub, do wyboru, audiokaset -zatytułowanych Jan Paweł II i Papież z różańcem, oraz podręcznik, różaniec i mały plakat...

Reklamowy spot, zrealizowany przez amerykań­ską spółkę Alliance Entertainment Corporation, zo­stał przedstawiony po raz pierwszy 21 marca 1996

350

351

w siedzibie Radia Watykańskiego przez biskupa Franco Ceriottiego (dyrektora urzędu d/s komunika­cji społecznej CEI) i przez ojca Pasquale Borgomeo (dyrektora generalnego radia); obydwaj pośpiesznie uprzedzili, że inicjatywa pozbawiona jest jakiejkolwiek formy kokieterii, dewocyjności i "kultu jednostki"... Po czym setki tysięcy pakunków ze wspomnianymi zestawami (w sprzedaży w cenie 79 tysięcy lirów) zo­stało skierowanych do diecezji, parafii i rozsianych po całym świecie zgromadzeń zakonnych.

Gigantyczna operacja handlowa - określona przez organizatorów z rzadkim doprawdy brakiem kry­tycyzmu jako wyjątkowo duchowa - uzyskała wspar­cie masowej i superkosztownej kampanii reklamowej w najbardziej nakładowych czasopismach. Pod suge­stywnym tytułem "W każdym domu, aby trafić do każ­dego domu" i ze zdjęciem papieża odmawiającego w skupieniu różaniec widniał reklamowy slogan: "Oj­ciec Święty modli się wraz z Tobą w skupieniu Two­jego domu. Po raz pierwszy na dwóch płytach CD lub na dwóch kasetach audio", po czym następowało zaproszenie, aby natychmiast zamówić zestaw Papież z różańcem wysyłając kupon pod wskazany adres.

Według angielskiego dziennika Sunday Telegraph w listopadzie 1995 spółka McKenzie's Smokehouse zawarła z Watykanem porozumienie,

którego pozazdrościli j ej wszyscy konkurenci: cho­dziło o umowę na dostawę wędzonego łososia na pa­pieski stół. Dwieście kilogramów cenionej ze względu na smak ryby z dołączeniem szampana miało urozma­icić posiłki Jana Pawła II i jego otoczenia.

Rok później dostawy, realizowane dotąd przez szkocką firmę, zostały nagle wstrzymane: Stolica Apo­stolska nie zapłaciła odpowiednich faktur i zalega na kwotę sześciu milionów lirów. Na pytanie jednego z dziennikarzy kardynał Rosalio Jose Castillo Lara wy­raził przypuszczenie, że powodem tego stało się naj­prawdopodobniej jakieś zwyczajne "techniczne nie­dopatrzenie".

Jednakże w sprawie papieskiego stołu, warto jeszcze zaakcentować dbałość o szczegóły. I tak, od 1996, obsługa kredensowa Ojca Świętego wpada w zachwyt nad pucharami w stylu "Leonardo". Arty­stycznie wykonane kielichy są owocem nowej umo­wy handlowej zawartej pomiędzy Stolicą Apostolską i sieneńskim przedsiębiorstwem Calp. Tym razem pa­pież nie reklamuje już przedmiotów związanych z reli­gią. W ogłoszeniach reklamowych na stronach L'Osse­rvatore Romano [Avvenire (a także i w innych gaze­tach) firma ze Sieny pisze: "Pragnąc oddać hołd Ojcu Świętemu, mistrzowie w produkcji szkła artystyczne­go z fìrmy Calp wykonali cenną monstrancję, a dla

352

353

jego prywatnych apartamentów serwis pucharów w stylu Leonardo z serii Da Vinci Crystal". Kryształo­wa monstrancja, która osiągnęła metr wysokości i wagę osiemnastu kilogramów, została ręcznie oszli­fowana, co kosztowało kilka miesięcy pracy. Wraz z setką zrobionych na zamówienie kielichów ozdobio­nych papieskim emblematem, monstrancja została podarowana papieżowi 28 marca 1996 z okazji jego podróży do Sieny. Pastersko-handlowa wizyta była reklamowana na całych stronach katolickich gazet (jakżeby nie) tekstem: Jego Świątobliwość papież Jan Paweł II wybrał firmę Calp, aby nieść swoje bło­gosławieństwo całemu światu pracy.

Umberto Trezzi, dyrektor toskańskiej firmy, w sprawie tej wizyty powiedział:

- Zleciliśmy przeprowadzenie tej małej kampa­nii informacyjnej podobnie jak setki innych firm pod­czas papieskiej wizyty. Co więcej, aby nie wykraczać poza przyj etą konwencję, sprawdziliśmy, jak robili to inni, a biorąc pod uwagę fakt, że papież przyjeżdża do nas, byliśmy szczególnie wrażliwi na formę. Nasze reklamy ukazywały się zresztą za zgodą i diecezji, i episkopatu".

Ale jakie były warunki finansowe umowy mię­dzy Stolicą Apostolską i firmą Calp - o tym się nie mówi.

W trakcie wizyty w Sienie Ojciec Święty spo­tkał się z krytyką grupy młodzieży, która zarzuciła mu, że Stolica Apostolska sprzeciwia się używaniu pre­zerwatyw jako metodzie prewencyjnej. Prezerwaty­wy i środki antykoncepcyjne są także przedmiotem sporu pomiędzy Watykanem i Unicefem (agendą ONZ, której zadaniem jest promowanie inicjatyw na rzecz dzieci). Dnia 4 listopada 1996 nuncjusz apostolski Renato Martino, który kierował stałą misją Watykanu przy ONZ, w trakcie "Konferencji na rzecz promo­wania rozwoju" ogłosił drastyczną redukcję rocznego budżetu przekazywanego na rzecz Unicef. W oficjal­nej nocie wystosowanej przez misję papieską wytłu­maczono, że składka coroczna jest symbolicznym ge­stem, za pomocą którego Kościół katolicki potwier­dza fakt uczestnictwa w pracy takich organizacji, które -jak Unicef- zajmują się dziećmi. W nocie precyzuje się ponadto, że fundusze przekazywane przez Stolicę Apostolską pochodzą ze zbiórek pieniężnych przepro­wadzonych wśród katolików, dlatego też działalność organizacji, które z tych subwencji korzystają, nie powinny być rozbieżne z odczuciami katolików. No to czym w końcu Unicef zawinił? Oto - wyjaśnia watykańska nota - chodzi o wykorzystywanie środ­ków na promowanie tego rodzaju działalności, jak "po­pularyzowanie podręcznika Narodów Zjednoczonych

354

355

na temat środków antykoncepcyjnych stosowanych post coitum" albo też medycznych środków wywołu­jących poronienie, a także wykorzystywanie swoich pracowników w akcjach rozdawnictwa środków an­tykoncepcyjnych w krajach Trzeciego Świata. A za­tem jest to retorsja, która warta jest toastu pucharami "w stylu Leonardo..."

Kontrast między teologicznym obskurantyzmem papieża Wojtyły i jego "nowoczesnością" w dziedzi­nie interesów i masmediów j est przeogromny. Z jed­nej strony polski papież jest zwolennikiem archaicz­nej, zamkniętej i nietolerancyjnej doktryny, a z dru­giej - uczestnicząc w "społeczeństwie spektaklu", go­dząc się na działanie Kościoła na modłę wielkiego biz­nesowego holdingu, kreuje wizerunek pontyfikatu "no­woczesnego".

I tak papież Wojtyła, który aborcji i rozwodom grozi anatemami, który na homoseksualistów rzuca klątwę, a kobietom odmawia prawa do kapłaństwa, który potępia stosowanie wszystkich bez wyjątku metod antykoncepcji, jest tym samym papieżem, który zerka na "asów włoskiej giełdy", gdzie w rubry­ce publikowanej od września 1996 przez tygodnik

Affari &. Finanza, wśród posiadaczy największych pakietów, Jan Paweł II z portfelem 93 miliardów lirów znajduje się na 51 miejscu, tuż za właścicielem nieruchomości z półświatka - Salvatorem Ligresti. Gło­wa katolickiego Kościoła jest głuchy i ślepy na wszel­kie teologiczne otwarcie, ale jako udziałowiec spółki IMI (w której IOR posiada 0,84 procent udziału) j est zainteresowany zyskami ze spółek Eni, Aeroporti di Roma, Banco San Paolo, a nawet Mediaset. Jan Pa­weł II, który demonizuje związki między osobami tej samej płci, upatrując zło nawet w fakcie ich legalizo­wania na gruncie prawa cywilnego, jest tym samym papieżem, który od 1996 roku podróżuje superluksusowym Mercedesem S500 Landaulet.

Za czasów papieża Wojtyły niestosowności i sprzeczności w poczynaniach Kościoła Rzymskoka­tolickiego jest aż nazbyt dużo. Przykładem niech bę­dzie wystawna ceremonia zorganizowana w grudniu 1996 przez księdza Santino Sparte (dziennikarza Ra­dia Watykańskiego) w parafii Świętej Anny, wewnątrz watykańskich murów. Podczas tej wydawniczo-towarzyskiej imprezy ksiądz Sparta przedstawił swoją książkę zawierającą "wyznania wiary" dokonane przez wiele osobistości ze środowiska sceny. Wśród wielu tekściarzy, tancereczek, showmanów, aktoreczek, dziennikarzy i śpiewaków, kuriozalną była obecność

356

357

i wypowiedź byłej bohaterki filmów erotycznych Edwige Fenech, która wyznała, że zdobyła ją osobowość Jezusa i to "on sprawił, że czuje się jego córką i córką Matki Boskiej, wobec której mój Anioł Stróż służy mi za pośrednika".

Udział w "nowoczesności" udowadnia również tygodnik Famiglia Cristiana, który nawet dedyko­wał swoją okładkę showmanowi Fiorello, mającemu niedawno kłopoty z prokuraturą z powodu narkoty­ków. Wydawany przez paulinów tygodnik nie waha się wskazywać młodzieży showmana jako pozytyw­ny wzór do naśladowania, bowiem zadeklarował on w wywiadzie decyzję unikania skandali w życiu pry­watnym (później dopiero okaże się, że dwa tygodnie wcześniej Fiorello swoim talentem urozmaicał wieczór uczestnikom zorganizowanej przez chwalących Boga paulinów morskiej wycieczki do Ziemi Świętej).

Z pozycji supergwiazdy kapitalistycznych mas­mediów, dumny antykomunista Wojtyła rozszerza mar­keting dusz również na młodzież, która - jako te zbłąkane owieczki - lgnie do "demonicznej" muzyki rockowej. "Dzisiaj piosenkarze są nowymi autoryte­tami od porozumiewania" - stwierdził papież, a Stoli­ca Apostolska zorganizowała w Bolonii 27 września 1997 najprawdziwszy koncert Hope music (muzyki nadziei) z udziałem, za zawrotnym wynagrodzeniem,

legendarnej gwiazdy muzyki pop - Boba Dylana. Być może wszystko to dlatego, że dla Rzymskokatolickiego Kościoła dusze młodych ludzi są prawdziwą zgryzo­tą. Oto - według przeprowadzonego we Włoszech sondażu, opublikowanego w kwietniu 1997 - 68 pro­cent dziewcząt i chłopców, którzy ukończyli 14 lat, ani nie chodzi już do kościoła, ani nie uczestniczy w grupach parafialnych, ani też nie uczęszcza na lek­cje religii; odsetek tych, którzy odmawiają modlitwę zmniejszył się o 31 procent, a uczestnictwo w nabo­żeństwach aż o 68 procent. Wszystko to, zdaniem ekspertów, jest konsekwencją złego przykładu ze stro­ny rodziców, a ogólniej - "rozrywek" życia codzien­nego, a zwłaszcza telewizji i muzyki.

"Merkantylny modernizm" wojtyłowskiego pon­tyfikatu powoduje jednak czasem też nieprzyjemne incydenty, W czasie, gdy 16 lutego 1996 papież nama­wiał usilnie księży i biskupów, aby upowszechniali Ewangelię przez Internet, Stolica Apostolska była zmuszona napiętnować dosyć kłopotliwą inicjatywę, którą podjęła niemiecka spółka o nazwie Lazarus Gesellschaft (dosłownie Spółka Łazarza). W sier­pniu 1996 firma ta przekazała do sprzedaży płytę CD, która po wprowadzeniu jej do cd-romu stawała się "multimedialnym spowiednikiem", zaprogramowanym na udzielenie rozgrzeszenia za wszelkie grzechy.

358

359

Na płycie znajdowała się lista około dwustu grzechów, przy czym za każdy z nich przewidziano inny rodzaj pokuty. Maksymalna kara (50 Ojcze Nasz i tyle samo Zdrowaś Mario) groziła temu, kto splamił się zabój­stwem. Płyta CD podaje też adresy spowiedników, z którymi można skontaktować się przez Internet, a także i "prawdziwych" księży.

Watykan określił tę inicjatywę mianem "dysku­syjnej operacji handlowej, która nie ma nic wspólne­go z rzeczywistym znaczeniem sakramentu spowiedzi". Jednakże Peter Seyel - dyrektor ekumeniczno-humanitamej organizacji z Kolonii - odpowiedział na ten zarzut: "Na miłość Boską, wyprodukowane przez nas oprogramowanie nie jest i nie będzie przedstawiane jako surogat spowiedzi. Sakrament zawsze był i po­zostanie pewnym wzajemnym stosunkiem pomiędzy dwiema osobami, i tak też musi pozostać. Za pomocą płyty CD staraliśmy się jedynie udzielić pomocy w poruszeniu sumienia każdego z nas".

Również i sam Wojtyła-superstar nie oparł się pokusie informatyki: papież jest bohaterem płyty CD, która ukazała się- podobnie jak wcześniejsza książ­ka - pod tytułem Przekroczyć próg nadziei i sprze­dawana była przez wydawnictwo Mondadori New Media. Jak entuzjastycznie zapowiadała należą­ca do Berlusconiego Panorama, płyta wymaga

oprogramowania Windows i Windows 95, będzie kosztować 59 tysięcy lirów i będzie do nabycia w księ­garniach i sklepach komputerowych całego świata -przy czym jej pierwszy pokaz odbędzie się na Tar­gach Książki we Frankfurcie, gdzie Jan Paweł II -w wersji elektronicznej - będzie gwiazdą stoiska Mon­dadori.

A jednocześnie interesującym przykładem hipo­kryzji Jana Pawła II było jego wystąpienie we wrze­śniu 1996, kiedy to z balkonu rezydencji w Castelgandolfo wydawał się wykazywać swój dystans wo­bec cywilizacji informatycznej massmediów.

- Dobra wytwarzane przez cywilizację przemy­słową - mówił papież - mogą uczynić nasze życie wy­godniejszym, ale nie zrealizują potrzeb serca. Telewi­zja i informatyka, w pewnym sensie niosą świat do naszych domów, ale to nie zawsze zapewnia głębię i spokój stosunków międzyludzkich... Wiele osób ma­nifestuje zatem pilną potrzebę powrotu do korzeni, mocne pragnienie ciszy, kontemplacji, poszukiwania absolutu. Wśród tylu słów - często ściągających na manowce i pustych - szuka się słów potrzebnych do życia.

Ale to są też tylko słowa - fakty mówią coś prze­ciwnego. Stolica Apostolska otworzyła swój własny portal na tym mediatycznym stworzonym przez

360

361

Internet bazarze, na którym się znajduje wszystko -od informacji dziennikarskich do nowości technolo­gicznych, od seksu do sportu, od acid music do naj­bardziej pogmatwanych gier elektronicznych. I waty­kański portal jest faktycznie gigantyczny: działa dniem i nocą, informacje podawane są w ośmiu językach, a wszystko to dzięki trzem potężnym komputerom na­zwanym - od imion bliblijnych trzech archaniołów -Raffaele, Michele i Gabriele. - To Ojciec Święty tak zdecydował - potwierdziła Judith Zoebelein, amery­kańska zakonnica odpowiedzialna za działanie całego działu. Intemetowa rewolucja dotarła dzisiaj już wszę­dzie, a zatem i Kościół musi w niej uczestniczyć.

Debiut wirtualnego papieża miał miejsce w cza­sie Świąt Wielkanocnych 1997 roku przy okazji udzie­lanego Urbi et orbi błogosławieństwa. - Dwa tygo­dnie później - cieszył się papieski rzecznik prasowy Jaquin Navarro Valls -już dwa miliony 386 tysięcy osób z siedemdziesięciu krajów świata odwiedziło strony Stolicy Apostolskiej, gdzie mogło odczytać treść papieskiej przemowy. Na nasz elektroniczny adres nadeszło 4678 wiadomości w dziesięciu róż­nych językach i to w czasie jednego tylko tygodnia.

Co może znaleźć katolik dryfujący po papieskim portalu? Treści papieskich przemówień, dokumenty Stolicy Apostolskiej (zarówno te z przeszłości, jak

i obecne), encykliki, informacje na temat Jubileuszu... Szkoda tylko, że aby się na te strony dostać, trzeba zapłacić 15 tysięcy lirów. A więc znowu biznes, który dostarczy do kas Watykanu dziesiątki miliardów li­rów rocznie.

Jan Paweł II to prawdziwy motor watykańskich, rozlicznych interesów, nawet tych dokonywanych nie-jako w sposób pośredni. Tak było choćby w przy­padku Vittorio Gassmana i Moniki Vitti, przyjętych przez papieża w dniu 6 listopada 1997. Z tej okazji dwójka aktorów przekazała Ojcu Świętemu płytę CD Towarzysze podróży, na której Gassman recytuje oko­ło piętnastu wierszy napisanych przez Karola Wojtyłę (z tłem muzycznym autorstwa Olimpo Petrassi). Na­tomiast Monica Vitti nagrała wraz z Alberto Sordi (uczestnikiem reklam telewizyjnych CEI) kolejne pięt­naście liryków papieża, opublikowanych na CD z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocy.

W księgarniach sprzedawane są także płyty CD wytwarzane przez organizacje i osoby z kręgów bli­skich Stolicy Apostolskiej. Jedna z takich płyt, W po­szukiwaniu szczęścia, przeznaczona dla dzieci w wie­ku od 8 do 13 lat, powstała z inicjatywy rzecznika prasowego Opus Dei - Giuseppe Corigliano i dostoj­nika mediolańskiej kurii - księdza Luca Bagatin. Jej cena - 80 tysięcy lirów. Dorośli natomiast mogą

362

363

nabyć za 99 tysięcy lirów Żywą historię Całunu Turyńskiego, przy gotowaną przez Emanuelę i Maurizia Marinellich, opublikowaną przez wydawnictwo San Paolo.

Wśród inicjatyw fonografìczno-religijnych nie pominięto także i głosu samego papieża. Na płycie CD Hymn for thè World, Jan Paweł II odmawia modli­twę za pokój, a w tle słychać chór i orkiestrę Santa Cecilia, którą dyryguje Koreańczyk Myung Whun Chung. Inne pozycje wykonywane są przez Andrea Bocellego i Cecilie Bartoli.

I kolejne modlitwy, kolejna płyta CD, ale tym razem z odrobiną suspense, bowiem całą operację otacza nimb tajemnicy. Chodzi o album, w którym pa­pież śpiewa kilka modlitw. - Pomysł, żeby nagrać pa­pieża śpiewającego, pochodzi od pewnego oboisty Andrea Mariottiego - opowiada Francesco Battistini. - Przedsięwzięcie zyskało poparcie ze strony ojca Pasquale Borgomeo, dyrektora Radia Watykańskie­go, jezuity z Neapolu, który od dziewiętnastu lat w otoczeniu papieża zajmuje się strzeżeniem praw au­torskich każdego słowa Jana Pawła II... No i papież śpiewa. Na płycie CD znajduje się około czterdziestu minut modlitwy. Łacińskim inwokacjom z Praefatio towarzyszy śpiew chórów prawosławnych i popisy gitarowe w stylu Pink Floyd. Pater noster przy

akompaniamencie perkusji. Victimue Pascalis w rytmie nowojorskiego rapu. Płytę emitowało ciągle to samo wydawnictwo paulinów. Produkt dyskograficzny miał ambicję dostać się na szczyty list przebojów.

Wojtyła-superstar nie sprzeciwia się też swojej obecności nawet na dużym ekranie. Krzysztof Zanussi wyłowił dziełko napisane przez Jana Pawła II w mło­dości i przy pomocy biskupa Jana Chrapka (również przyjaciela Wojtyły) wykrzesali z tego film Brat na­szego Boga. Produkcję filmu ukończono w marcu 1997. To dzieło kinematografii jest, jak można się spodziewać, również wspaniałym interesem - prawa do rozpowszechniania filmu zostały już wykupione przez telewizje wielu krajów...

Ale jest też coś więcej i znacznie gorszego. Oto papież-gwiazdor użycza swojego wizerunku najbar­dziej pogańskiej i obrazoburczej spośród wszystkich merkantylnych dziedzin - reklamie. Rzecz przydarzyła się 16 czerwca 1997 podczas meetingu zorganizowa­nego w Mediolanie przez klub Santa Chiara. W de­bacie poświęconej reklamie, zainspirowanej właśnie papieskim dokumentem Etyka w reklamie papież wziął udział za pośrednictwem nagrania na kasecie video. Przy stole konferencyjnym, jako przedstawiciel papieża, zasiadał arcybiskup John Foley, obok

364

365

którego znaleźli się reprezentanci mediów Berlusconiego: Giulio Malgara (prezes zrzeszenia reklamodawców) i Giuliano Adreani (pełnomocny członek zarzą­du firmy Pubitalia, działającej z ramienia Mediaset), Alberto Contri (prezes włoskiej konfederacji środków masowego przekazu), Mauro Miccio (prezes firmy Ferpi) i Antonello Perricone (pełnomocny członek zarządu firmy Sipra).

W kwietniu 1997 na stronach kilku czasopism ukazało się ogłoszenie reklamowe przedstawiające papieża i wypowiedziane przez niego słowa: "Koniecz­ne jest, aby etapem przygotowania do Świętego Jubileuszu była praca w każdej rodzinie". Niżej - po facsi­mile papieskim - następowała reklama lansująca cza­sopismo Tertium Millenium, które miało być oficjal­nym organem Wielkiego Jubileuszu: "Wielkiej waty­kańskiej inicjatywie na rzecz przygotowań do Wiel­kiego Jubileuszu roku 2000".

Te ogłoszenia to mieszanka wiary i biznesu. "Jubileusz roku 2000! U progu światowego wydarze­nia, które zaznaczy przyszłość milionów ludzi, rów­nież i Ty przyjmij zaproszenie papieża do starannego przygotowania się do niego ! Dla wiernych, którzy pra­gną pogłębić własne przeżycie związane z wiarą, Watykan stworzył..." i dalej: "Pytaj o Tertium Mille­nium przez cały rok korzystając z niepowtarzalnej

oferty, która gwarantuje Ci dwudziestopięcioprocentową zniżkę. Przedstawiając poniższy kupon zapła­cisz tylko 69 zamiast 90 tysięcy lirów. Złap w lot tę niepowtarzalną okazję i powiedz o niej także drogim Ci osobom! Będziesz w ten sposób świadkiem..." Zakończenie jest w iście handlowym stylu: "Gratis ka­seta video Odkrycie Chrystusa na nowo... Dodat­kowo otrzymasz prezent". Kupon na prenumeratę i przyjmowanie datków zaadresowany jest do wydaw­nictwa Piemme, które zachwala siebie sloganem "ja­kość naszych czasów". Amen.

366

367


Dokumenty

 

Clara Calvi zeznaje

W ramach śledztwa prowadzonego w sprawie śmierci bankiera Roberto Calvi mediolańscy proku­ratorzy Bruno Siclari i Pierluigi Dell'Osso przyjęli ze­znania złożone przez panią Clarę Canetti, po mężu Calvi. Śmierć katolickiego bankiera, a jednocześnie masona, którego znaleziono 18 czerwca 1982 powie­szonego pod mostem Blackfriars w Londynie (co, zda­niem tamtejszej prokuratury, było aktem samobój­stwa), obciąża osoby z kręgów: Loży P2 - mafii -Watykanu. Oto fragmenty zeznań wdowy Calvi.

371

 

19 października 1982

Mój mąż, jak powiedziałam już wcześniej, około roku 1971 nawiązał znajomość z panem Minciaroni Ala­dino, przedsiębiorcą budowlanym, z którym spotykał się w Rzymie. Aladino był dobrym przyjacielem Francesco Consentino, sekretarza generalnego Izby Deputowa­nych. Sądzę, że mąż poznał Minciaroniego - poprzez pana Mario Valeri Manera - w Wenecji podczas cere­monii wręczania nagrody Campiello... W tym czasie mąż często jeździł do Rzymu i pewnego razu zabrał mnie tam ze sobą. Wzięliśmy pokój w Grand Hotelu i mąż powiedział, że chce przedstawić mi Umberto Ortolani i Licio Gelli, z którymi spotykał się dosyć często w tam­tym okresie, i którzy byli ważnymi osobistościami. Pod­jęliśmy wyżej wspomnianych, Gellego i Ortolaniego, kolacją w restauracji hotelowej. Po kolacji przyszli do nas Minciarioni, Cosentino i niejaki Firrao, i w tym gronie wszyscy zaczęliśmy rozmawiać o trwającym właśnie kryzysie rządowym i jak się okazało Minciaroni i Cosentino byli członkami Loży P2, tak samo zresz­tą jak Rugherò Firrao, który wówczas pełnił funk­cje dyrektora generalnego w Ministerstwie Handlu Zagranicznego].

Panowie ci mówili ze sobą o różnych kandyda­tach na stanowiska w rządzie, a z treści wypowiedzi można było wnioskować, że byli dobrze zorientowani w środowiskach politycznych i dobrze znali rządzące tymi środowiskami mechanizmy. Tego samego dnia mia­łam też sposobność poznać inne osoby... Mąż przedsta­wił mi Lorisa Crobi [członek Loży P2, prezes spółki "Condotte" Gaetano Stammati [członek Loży P2, chadek i senator} oraz dziennikarza Cesare Zappulli...

Owi Gelli i Ortolani podejmowali działania, aby ułatwiać mojemu mężowi nawiązywanie kontaktów, o których sądził, że ich potrzebuje ze względu na swą pracę. Gelli i Ortolani pośredniczyli także w niektórych interesach, ale co to były za interesy, nie umiem tego sprecyzować...

Sądzę, że w tym okresie [w roku 1971} mąż przy­stał do masonerii. Powiedział mi sam on o tym, ale póź­niej, twierdząc, że został "wtajemniczony" w Genewie. W tych latach mąż prowadził różne interesy i utrzymy­wał intensywne kontakty z bankiem watykańskim IOR, a w szczególności z Luigim Menninim, który w tym ban­ku był najbardziej wpływowym specjalistą. W zakres kontaktów wchodziły również spotkania w gronie ro­dzin. Częste były także kontakty z prezesem IOR bi­skupem Marcinkusem, który - w wyniku decyzji mojego męża, Ì właśnie ze względu na ścisłe i częste kontakty pomiędzy bankiem IOR i bankiem Ambrosiano-wszedł do zarządu zagranicznej wspólniczki banku Ambrosia­no - firmy Overseas z Nassau na wyspach Bahama. Z tego też powodu widywaliśmy często Marcinkusa w Nassau, gdzie bywał naszym gościem podczas wszyst­kich zebrań zarządu.

Później w zbliżeniu się mojego męża do kręgów kościelnych miał swój udział wspomniany już Ortolani, bardzo z tymi kręgami związany, szczególnie, że był dobrym przyjacielem zmarłego kardynała Lercaro. Pra­gnę podkreślić, że w tym okresie, jak zresztą i później, mąż bywał w Watykanie bardzo często i utrzymywał kontakty ze zmarłym papieżem Pawłem VI. Były to sto­sunki na tyle zażyłe, że mąż mógł się do niego udawać z wizytą nie potrzebując żadnej uprzedniej formalności...

372

373

Niedługo potem [20 maja 1981} nastąpiło aresz­towanie mojego męża. Skontaktowałam się z przeby­wającą wtedy w Genui adwokatką Lagosteną Bassi... Adwokatka zgodziła się przyjść do mnie do domu, gdzie została na obiedzie wraz z towarzyszącym jej synem. Na moją prośbę udzieliła mi wskazówek, jak powinnam się zachować; zasugerowała, abym nic absolutnie nic mówiła w trakcie ewentualnego przesłuchania i żebym robiła wrażenie takiej z kategorii "żon idiotek", która o niczym nie wiedziała... Pożegnałyśmy się i, chociaż nie udzieliłam adwokatce żadnego pełnomocnictwa, w kilka miesięcy później adwokatka przesłała mi rachu­nek na 2 miliony tirów, który odpowiednio uregulowa­łam...

20 października 1982

...W dniu następnym [po aresztowaniu Roberto Calvi] ja, córka, syn. Pazienza, Mazzetta i Ciarrapico, pod eskortą prywatnej ochrony, udaliśmy się do gabine­tu szacownego Andreottiego. O ile pamiętam, jego ga­binet znajdował się dosyć blisko naszego domu w Rzy­mie, dlatego poszliśmy tam pieszo. Na górę weszliśmy tylko ja, córka i Ciarrapico, który to spotkanie umówił, a inni czekali na nas na dole. Nie pamiętam, czy z nami poszedł również Pazienza, czy też czekał razem z inny­mi na dole. Od razu zostaliśmy przyjęci przez szacow­nego Andreottiego, którego miałam już okazję dawniej kilka razy spotkać w domu pani Marii Angiolillo [wdo­wy po założycielu rzymskiego centroprawicowego II Tempo}, u której bywałam czasami razem z mężem. W jej domu spotykaliśmy także pana Piccoli ,jego żonę i wielu wpływowych polityków, głównie z kręgów

chadecji. Tam wielokrotnie miałam możliwość spotka­nia kardynałów Casaroliego i Silvestriniego.

Premier Andreotti powiedział mi, że włoski bank centralny zamierza narzucić bankowi Ambrosiano dwóch komisarzy i dodał, że Cuccia z Mediobanca za­oferował się kupić udziały Ambrosiano, żeby przyjść z pomocą przyjacielowi Calvicmu. Premier Andreotti powiedział jeszcze, że on doradzał, aby komisarzem w Ambrosiano został prezes Banca Popolare di Nova-ra, Venini i pań Orazio Bagnasco. Poprosił mnie, bym powiedziała to mężowi, aby usłyszeć jego zdanie... Mąż odpowiedział, że jeśli do banku wprowadzą Veniniego i Bagnasco, to on będzie skończony [w i 995 roku Lino Venini stanie przed sądem z powodu doprowadzenia do krachu spółki Sasea].

Zaraz po aresztowaniu mojego męża otrzymałam grzecznościowy telefon od żony premiera Craxiego. Podała mi swój telefon w Rzymie, na wypadek gdybym potrzebowała się z nią skontaktować. Mówiłam o tym wszystkim również z Piecenzą i z Ciarrapico, i wtedy powstał pomysł pójścia do premiera Craxiego. Ciarra­pico sugerował mi, żebym powiedziała bez ogródek "pa­nie premierze, trzydzieści miliardów to nie żart". Nigdy nie słyszałam od mojego męża nic na ten temat, ale uzna­łam za stosowne polegać na sugestiach Ciarrapico, który wydawał się być pewny tego, co mówił, dając mi do zrozumienia, że mogłam spokojnie i bez obaw po­wiedzieć zasugerowane mi zdanie.

Umówiłam się zatem na spotkanie z panią Craxi w Rzymie, w hotelu [San Raphael], gdzie mieszkała razem z mężem. Udałam się tam wraz z moją córką i moim bratem pod eskortą tych samych, co zawsze,

374

375

prywatnych ochroniarzy... Zostaliśmy uprzejmie przy­jęci przez panią Craxi, a nieco później dołączył do nas pań Formica, z którym przez pewien czas rozmawiałam na tarasie mieszkania na osobności, a pani domu roz­mawiała wtedy z moją córką i z moim bratem. Od razu powiedziałam obu politykom, że oczekiwałam z ich stro­ny, że udzielą mojemu mężowi pomocy i włączyłam także owo zdanie, że trzydzieści miliardów to nie jest żart. Obydwaj panowie na moje oświadczenie nie zareago­wali nawet mrugnięciem oka i nie robili żadnych ko­mentarzy, odpowiedzieli tylko, że zamierzali pomóc mo­jemu mężowi, bo jest ich przyjacielem. Ja ze swej stro­ny dodałam, że to, co powiedziałam, to nie było moje własne zdanie, ale że zostało mi przekazane przez ko­goś innego. Pamiętam, że powiedziałam także, że dopó­ki będzie tam Cuccia z Mediobanca, to mój mąż będzie prześladowany i dodałam - co chyba także było wcze­śniej zasugerowane mi przez Ciarrapico - że "Pań, sza­nowny panie premierze, działając przez swego De Michelisa, może w pół godziny odprawić Cućcie". Przypo­minam sobie, że pań Craxi odpowiedział, że w pół go­dziny to nie jest to możliwe, ale w dwa miesiące - tak. Przy okazji powiedziałam też, że w sytuacji, w której się znalazłam, byłam skłonna nawet doprowadzić się do śmierci głodowej... Rozstaliśmy się, kiedy na to moje stwierdzenie odpowiedziano, że nikt nie potraktuje tego poważnie. Wyszłam w poczuciu, że pomoc zostanie mi udzielona i muszę powiedzieć, że później dochodziło do licznych kontaktów ze strony pani Craxi, która od­wiedzała mnie w moim mieszkaniu. Kilkakrotnie pani Craxi przyniosła mi powycinane z gazet artykuły pana Craxi, w których brał on w obronę mojego męża...

Kilka dni przed wszczęciem procesu [który -przeciwko osobom oskarżonym o doprowadzenie do krachu banku Ambrosiano - rozpoczął się 10 czerwca 198]] udałam się na widzenie do więzie­nia do mojego męża. Byłam wtedy w towarzystwie mojej córki i Alessandro Menniniego. Na rozmowę poszły­śmy my dwie, ja i moja córka, której ojciec kazał zapi­sać do załatwienia różne rzeczy. Między innymi powie­dział córce, żeby zapisała drukowanymi literami na kart­ce następujące zdanie: "Ten proces oznacza postawie­nie pod sąd IOR". Powiedział nam też, żeby spytać Men­niniego, czy kapelan więzienny, który poprosił go o roz­mowę, zrobił to, aby przedyskutować kwestie dotyczą­ce IOR. Dodał, że od lutego 1981 błagał na wszystkie możliwe sposoby kierownictwo IOR, aby za wątki zwią­zane z IOR, o których będzie mowa na procesie, wzięło na siebie odpowiedzialność. Powiedział jeszcze, żebym szybko udała się do Rzymu, aby zobaczyć się z Marcinkusem, Ì żebym dowiedziała się, czy możliwe jest to, czego do tej pory nie mógł doprosić się on sam, to jest żeby IOR potwierdził, że to on dokonał transak­cji z Toro, w sprawie której prowadzono śledztwo, a przynajmniej, żeby zwolniono Banca Gottardo z ta­jemnicy bankowej, co umożliwiłoby złożenie zeznań tym wszystkim, którzy tej transakcji dokonali. Muszę przy­znać, że słysząc to wszystko, zaczynałam rozumieć różne rzeczy dotyczące stosunków pomiędzy bankiem Am­brosiano i IORem i znalazłam wyjaśnienie dla faktu, że Alessandro Mennini, syn szefa IOR, w tym okresie zawsze był gdzieś w pobliżu mnie.

Po wyjściu z więzienia zastałam Menniniego w jeszcze gorszym humorze niż wcześniej, gdy

376

377

zostawiłyśmy go samego. Jak tylko spostrzegł, że ja i moja córka wsiadałyśmy do samochodu, on też do nie­go wskoczył, a córka pokazała mu kartę, na której zapi­sała zdanie podyktowane jej przez ojca. Ja, w nawiąza­niu do tego zdania, zapytałam go wtedy, czy kapelan więzienny, który chciał rozmawiać z moim mężem, miał rzeczywiście przedyskutować wyżej wspomniane spra­wy. Mennini wydawał się dosłownie przerażony i na moje pytanie powiedział: "Tego słowa nie należy wypowia­dać nawet w konfesjonale". A zaraz potem Mennini chwycił do rąk kartkę, by ją podrzeć, ale ja ją mu z rąk natychmiast wyrwałam...

Uprzedziłam również i mojego syna Carla, który przebywał w Waszyngtonie, o tym, czego dowiedzia­łam się od mojego męża o IOR. Syn, jak mi to potem powiedział, skontaktował się z Watykanem wysyłając teleks, w którym prosił Marcinkusa o oddzwonienie do niego o danej godzinie. Marcinkus punktualnie o wskazanej godzinie oddzwonił, a mój syn opowiedział mu o tej sprawie, ale otrzymał jedynie niejasne i wymi­jające odpowiedzi. Mój syn wysłał też teleksy do kar­dynała Casaroliego i do kardynała Silvestriniego, pro­sząc ich o interwencję, zaklinając ich na wszystko co święte, aby spowodowali ujawnienie prawdy. Od Pazienzy dowiedziałam się, że też rozmawiał z Marcinkusem i że przekonał go, aby podjął działania. Pazienza powiedział mi także potem, że poprzez swoich znajo­mych ze służb specjalnych dowiedział się, że Marcin­kus i Luigi Mennini z całą pewnością przekroczyli w wielkiej tajemnicy granicę i udali się do Lugano, do Szwajcarii, celem wydania dyspozycji bankowi Gottardo, aby zezwolił szwajcarskim prokuratorom

przejrzeć dokumenty banku mimo tajemnicy bankowej, i żeby kierownictwo banku poświadczyło, że to nie mój mąż był wszystkiemu winien. Miała miejsce także roz­mowa telefoniczna pomiędzy Alessandro Menninim i moim synem, który czynił wyrzuty jemu samemu i IOR za to wszystko, co przydarzyło się ojcu,

Ja sama otrzymałam telefon od Olgiatiego, który poprosił o możliwość złożenia mi wizyty, i ja się na nią zgodziłam. Olgiati przyszedł do mnie w towarzystwie Menniniego, którego zupełnie nie oczekiwałam. Mennini opowiedział mi o rozmowie telefonicznej z moim sy­nem i spytał, czy sama chciałabym coś dodać. Twar­dym tonem odpowiedziałam, że nie, i Mennini, wście­kły, poszedł sobie. Olgiati powiedział mi wtedy, że źle zrobiłam, bowiem potrzebowaliśmy pomocy Menninie­go w sprawie dostępu do poświadczających niewinność męża dokumentów z Banca del Gottardo. Odpowiedzia­łam, że doszła do mnie już wiadomość, że Marcinkus i Luigi Mennini pojechali do Szwajcarii do wspomnia­nego banku. Kilka dni później Alessandro Mennini po­jechał - w imieniu IOR, a nie banku Ambrosiano, które­go był pracownikiem - do Lugano, żeby odebrać posta­nowienia szwajcarskiego wymiaru sprawiedliwości, w których poświadczano, że mój mąż nie miał nic wspól­nego z tą sprawą. O ile wiem, to Mennini przekazał te postanowienia bezpośrednio adwokatom mojego męża, którzy bronili go przed sądem.

W trakcie trwania procesu chodziłam wielokrot­nie do więzienia do męża korzystając z widzeń, które mi przyznano. W czasie jednego z takich widzeń opo­wiedziałam mężowi, to co powiedziałam panu Craxi, to jest to zdanie, które zasugerował mi Ciarrapico. Mój

378

379

mąż powiedział mi, że miał już dość poświęcania się dla innych, i że - o ile ta sytuacja nie zmieni się natychmiast - jest całkowicie zdecydowany powiedzieć na rozpra­wie w sądzie rzeczy, które wiedział na temat IOR i po­lityków. Sadze, że słowa te powtórzyłam przez telefon żonie pana Craxi, z którą utrzymywałam częsty kon­takt.

Muszę powiedzieć, że przez cały czas trwania pro­cesu ciągle wydzwaniała do mnie pani Angiolillo, która prosiła o kolejne informacje i przekazywała mi ze swej strony różne wiadomości. Pani Angiolillo przekazywała mi pozdrowienia od Piccolego i mówiła mi, że robiła co mogła na rzecz mojego męża i że chodziła na rozmo­wę w jego sprawie do Banca d'Italia, do jego prezesa, a przede wszystkim do dyrektora generalnego Diniego. Muszę przyznać, że potem, po wyjściu z więzienia, mój mąż dał pani Angiolillo najpierw 10 milionów lirów, a potem kolejne 50 milionów, z okazji Bożego Narodze­nia - tym razem korzystając z pośrednictwa mecenasa Gregori z Rzymu. Były to pieniądze za to, co pani Angiolillo zrobiła dla męża - była ona znana z tego, że w swoim domu organizowała spotkania pomiędzy biz­nesmenami, działaczami i innymi, przyjmując w zamian pieniężne gratyfikacje... Powiedziałam Pazienzy, że do­wiedziałam się od pani Angiolillo, że była ona u prezesa banku centralnego Ciampiego i u dyrektora Diniego, a Pazienza skontaktował się z panią Angiolillo, żeby do­wiedzieć się czegoś więcej. Pani Angiolillo pogniewała się na mnie za to, że Pazienzy o tym powiedziałam...

Pani Angiolillo przekazała mi także, że Ciampi i Dini pragnęli powiadomić mojego męża, że podział grupy dokona się za pięć lat, tak jak chciał on sam,

a zatem, że może pozostawać spokojny i nie martwić się. Pragnę podkreślić, że kiedy kierownictwo Banca d'Italia objęli Ciampi i Dini, mój mąż powiedział mi, że dowiedział się od Gellego , że tych dwóch było przyja­ciółmi, że należeli obaj do Loży P2 i że to sam Gelli przyczynił się do ich nominacji. Gelli powiedział mu też, że Dini otrzymał polecenie, aby Calviemu nie stwarzał problemów i żeby był dla niego przyjazny, i muszę po­wiedzieć, że mąż, od samego początku, był zadowolony ze sposobu, w jaki traktował go Dini, który przyjmował go, kiedy mąż chciał, także i w sposób prywatny i w tajemnicy przed innymi [nazwisk Carlo Azeglio Ciampiego i Lamberto Diniego nie było w zarekwi­rowanych Lido Gelliemu dokumentach Loży P2; nie było także nazwiska Carlo De Benedettiego, o któ­rym w swych zeznaniach mówi wdowa Calvi}. Mój mąż mówił mi, że Dini pozostawał w bardzo bliskich związkach z niejakim Battista z Loży P2 i że Battista dawał mu miliard, półtora miliarda lirów za każdą zała­twioną sprawę (którą mu Dini załatwił).

21 października 1982

Proces {przeciwko oskarżonym z banku Ambro­siano} skończył się i mąż mój został tymczasowo zwol­niony z aresztu, ale przebywał jeszcze w szpitalu w Lodi. Wyszedł kilka dni później i potwierdzono, że ma nadal pełnić funkcję prezesa zarządu banku Ambrosiano... Dość szybko po wypisaniu ze szpitala [Calvi próbował po­pełnić samobójstwo} mąż zaczął znowu często jeździć do Rzymu, zawsze mu w tym towarzyszyłam...

W Rzymie widywał się z Marcinkusem i z dyrek­torem włoskiego banku centralnego Dinim; z nim

380

381

widywał się w wielkiej tajemnicy Jak zresztą przez cały ten okres, a także i później - na przykład w przeddzień święta Wniebowzięcia. Mąż opowiadał mi, że jego sto­sunki z Dinim układały się bardzo dobrze i że Dini z nim współpracował, natomiast z Marcinkusem stosunki sta­ły się fatalne. Marcinkus nie przyjmował już do wiado­mości, że wobec banku Goliardo powinien był nadał za­chowywać takie stanowisko, jak to obiecał uczynić wcześniej. Według słów mojego męża, Marcinkusowi bardzo zależało, aby tajemnice Banca del Gottardo nie wyszły na jaw. Mąż mawiał wtedy: "Księża każą mi zapłacić za wszystko, a nawet za wszystko już płacę"...

Z czasem zaczęło się pojawiać nazwisko nieja­kiego Hilarego Franco, papieskiego kapelana, monsignora, z którym mój mąż nawiązał kontakt i z którym miał kilka różnych spotkań w Rzymie. Mąż mówił mi, że ten Hilary Franco trzymał jego stronę i że często, aby pod­trzymać go na duchu, powtarzał mu pewne zdanie po angielsku, które dosłownie brzmiało: "Jesteś pod moją całkowitą ochroną". Właśnie w tym czasie, jak mi opo­wiadał mąż, miewał on bezpośrednie kontakty z papie­żem. Nie jestem w stanie opisać, w jakich okoliczno­ściach, dokładnie kiedy i na jakich warunkach odbywa­ły się te kontakty. Mogę jedynie przytoczyć usłyszane od męża słowa: "Papież powiedział mi, że jak tylko roz­wiążemy nasz problem, powierzy mi całość watykań­skich finansów, żebym je mógł uzdrowić".

24 października 19 82

Kiedy, po nominacji [Carlo] De Benediettego na stanowisko w banku Ambrosiano minął już jakiś czas, zaczęły się pierwsze zatargi między nim a moim

mężem. Mąż mówił, że ten De Benedetti początkowo był z nim zgodny i można się było dogadać, ale później, jak już dostał się do banku, zaczął siać zamęt i nawiązał bliskie stosunki z Rosone [wiceprezesem], z którym nie­ustannie spotykał się na obiadach i kolacjach. Pewnego razu mój mąż powiedział mi nawet, że widziano doku­menty, które potwierdzały, że De Benedetti należał do Loży P2 i przypomniał mi fakt, iż kiedyś pokazywał mi w Buenos Aires pewną kamienicę, o której mówił, że są w toku rozmowy na temat jej sprzedaży przez firme Olivetti na rzecz banku Ambrosiano.

Wtedy, gdy mój mąż przypomniał mi ten epizod z kamienicą i kiedy wspomniał o członkostwie De Benedettiego w Loży P2, odpowiedziałam: "A więc za tą umową sprzedaży musiał stać Golii", a wówczas mój mąż powiedział mi: "Oczywiście, że tak, był pośred­nikiem". Mąż powiedział mi też, że wspomniał De Benediettiemu o jego przynależności do loży i dodał, że potem przez jakiś czas De Benedetti wydawał się zdezorientowany, ale że później nastąpił z jego strony cały ciąg zdarzeń - na przykład jego pisma do prezy­denta Włoch pana Pertiniego i zaraz potem wyjazd do Genewy, czego, według słów mojego męża, nigdy nie robił, ponieważ ze swoją rodziną, która mieszkała w Genewie, widywał się we Włoszech i kazał dzieciom przyjeżdżać do siebie. Zatargi pomiędzy moim mężem i De Benedettini pogłębiały się coraz bardziej.

Jakiś czas później - przebywaliśmy wtedy w Drezzo - chciałam wrócić do tematu z De Benedet­tini i spytałam męża, czy to była prawda, że istniały fak­tycznie dokumenty potwierdzające przynależność De Benedettiego do Loży P2, i dlaczego tych dokumentów

382

383

nie ujawniono. Na to mój mąż - który Już wtedy, kiedy po ich rozmowie De Benedetti pojechał do Genewy, wy­raził opinie, że najpewniej pojechał do Ortolaniego, a nie żeby zobaczyć się z rodziną - odpowiedział mi, że dokumenty te istniały na pewno ponieważ były w posiadaniu obu braci Vitalone [chodzi o chadeckie-go deputowanego - Claudio Vitalone i o jego brata - adwokata Wilfredo].

2 5 października 1982

Na początku wiosny prawdopodobnie. J982] mąż powiedział mi, że zamierza pojechać do Hiszpanii. Byłam bardzo zdziwiona i spytałam go, po co tam chce jechać, ale najpierw mój mąż uśmiechał się robiąc prze­korną minę, a potem odpowiedział, że w Hiszpanii Opus Dei, które tam jest bardzo bogate, posiada ogromną władzę. Było to pierwszy raz, kiedy mąż wspomniał mi o Opus Dei i kiedy powiedział, że Opus Dei może rozwiązać problemy finansów Watykanu i że Opus Dci mogło przeważyć szalę w walce o władzę w łonie Wa­tykanu pomiędzy dwiema frakcjami, które od lat ze sobą konkurowały - frakcją opowiadającą się za prowadze­niem Ostpolitik i frakcją ją zwalczającą, będącą skrzy­dłem konserwatywnym.

Mój mąż wyjaśnił mi, że miał ułatwić działania Opus Dei, ponieważ jedynie w ten sposób mogły być rozwiązane jego własne problemy z bankiem IOR, a tak­że Ì problemy finansowe Watykanu. Powiedział mi, że zmieniłoby to gruntownie polityczne stosunki w ob­rębie samego Watykanu, ponieważ Opus Dei uzyskując silniejszą pozycję, dałoby przewagę skrzydłu konserwa­tywnemu. O podróży do Hiszpanii nie było już więcej

między nami mowy... W tym czasie Carboni nagle prze­stał w ogóle dzwonić i przez około tydzień nie dał znaku życia. Kiedy znowu się pojawił, to znaczy przyjechał do nas do Drezzo, powiedział mi, że porozumiał się z biskupami-masonami... Carboni utrzymywał wówczas stałe kontakty zarówno z masonerią jak i z dostojnikami watykańskimi...

Mogę dodać, że już od jakiegoś czasu słyszałam, jak mój mąż mawiał, że "sprawa posuwała się do przo­du dzięki wspólnym wysiłkom". Mąż dodawała że za­kończenie sprawy, będzie dla niego sporym plusem w procesie apelacyjnym, który miał się odbyć w Me­diolanie. Wyjaśnił mi, że byt zmuszony przyśpieszyć mo­ment zakończenia sprawy, bo proces apelacyjny już wkrótce miał się zacząć, i że kiedy już wyjaśnią się wszystkie rzeczy z IOR, to z pewnością wynik procesu będzie dla niego pozytywny...

Mój mąż podszedł do mnie Ì widząc, że czytam artykuł, w którym mowa była o końcu Ostpolitik, po­wiedział mi dosłownie: "To ja wykończyłem Ostpolitik. Jeżeli w trakcie następnych dwóch tygodni Andreotti nie podstawi mi nogi, to wszystko będzie w porządku". Nie minęło dużo czasu, a mój mąż zaczął mi wspominać o sporych zatargach, które zaczęły się otwarcie poja­wiać między nim a panem Andreottim... Potem powie­dział mi o wyraźnym grożeniu mu śmiercią bezpośrednio przez samego Andreottiego. I już wtedy samopo­czucie i humor mojego męża stale się pogarszały... W tym, co do mnie mówił, często pojawiało się zdanie "jeżeli mnie zamordują", i często powtarzał "to już ko­niec". Od maja panowała w domu atmosfera przygnę­bienia i strachu... W rytmie uzależnionym od rozwoju

384

385

wypadków w Watykanie, gdzie toczyła się ostra walka między przeciwnymi frakcjami, a która dotyczyła bez­pośrednio stosunków pomiędzy IOR i bankiem Ambro­siano - u nas w domu chwile zupełnej beznadziei prze­platały się z euforią.

Mój mąż powtarzał z przekonaniem: "jeżeli coś mi się przydarzy, papież będzie musiał podać się do dy­misji" i dodawał, że Watykan będzie miał takie proble­my, że nawet będą zmuszeni przenieść siedzibę Waty­kanu...

Mąż wspomniał mi, że później polecił Carboniemu nawiązać kontakt z ważnymi osobistościami z Opus Dei ze Szwajcarii, żeby przyśpieszyć działania Opus Dei dla uregulowania długów IOR. W niedzielę wieczór, w przeddzień mojego wyjazdu do Waszyngtonu, kiedy weszłam do sypialni, zobaczyłam męża, jak leżał na łóż­ku i wyglądał na bardzo przygnębionego. Podeszłam, żeby powiedzieć mu coś pokrzepiającego, ale on po­wiedział mi "jeżeli mnie zamordują", a później dodał "być może już sienie zobaczymy" i zaczął okropnie płakać. Ogromnie mnie to zmieszało i wyszłam, żeby nie zmie­nić zamiaru wyjazdu, który miał być nazajutrz, i na któ­ry on zresztą bardzo nalegał... W ostatniej rozmowie telefonicznej, którą odebrałam od męża przed wiado­mością o jego zniknięciu, powiedział mi, że dzwoni, o ile dobrze zrozumiałam, z naszego domu w Mediolanie. Pamiętam, że powiedział mi, mówiąc po angielsku, iż sprawa miała się ku końcowi, i że była to już kwestia godzin. Na koniec powiedział po włosku: "Miejmy na­dzieję, że wszystko dobrze się skończy".

26 października 1982 darà Calvi opowiedziała o rozmowie telefonicznej odbytej na kilka dni przed londyńską tragedią.

Mąż zadzwonił do mnie do Waszyngtonu tylko jeden raz... Pamiętam, że powiedział mi wtedy, że "rzecz idzie do przodu z dużymi oporami, ale jednak do przodu, niestety, w trakcie zaistniały przykre incydenty". Te ostatnie słowa powiedział głosem, w którym wyczu­wało się ogromną przykrość. Chciałam go spytać mó­wiąc "Ale ty, ty...", ale był Jakiś defekt na linii i rozmo­wa została przerwana. Zaraz potem mąż zadzwonił zno­wu mówiąc, że "wkrótce wyjdą na jaw rzeczy niesa­mowite, ale bardzo dla nas korzystne, co może zmienić całe nasze życie". I to powiedział już z radością. Prze­kazałam mu, że nasz syn otrzymał wyrazy solidarności od dyrektora banku Ambrosiano z Managua - Alvaresa, który oświadczył, że jest wyrazicielem słów przy­jaźni pochodzących z Ameryki Południowej i Ameryki Środkowej. Alvares powiedział też, że ze strony prezy­denta Kostaryki zgłoszona została nawet oferta przyję­cia go do swojego kraju i o wydaniu mu paszportu dy­plomatycznego. Kiedy przekazałam mu tę informację mąż odpowiedział chłodno "dobrze wiedzieć". I spytał mnie, jak ja się czuję, dodając: "Bądź cierpliwa, jeszcze trochę". Powiedział mi też, żebym absolutnie nie rusza­ła się z domu, gdzie było mi dobrze, i gdzie, powtórzył, pozostawałam pod ochroną bardzo wpływowych osób. Ja pytałam ciągle, co się z nim dzieje, ale on nie powie­dział nic więcej...

386

387

Dzień później, pamiętam, że było to około godziny wpół do trzeciej po południu, w pewnej chwili poczułam się źle i całe popołudnie przeleżałam na kana­pie w stanie ogromnego przygnębienia. Zadzwonił do mnie mój brat Luciano, który powiedział mi o samo­bójstwie Corrochera i o decyzji kierownictwa banku Am­brosiano, które zwróciło się z wnioskiem o ustanowie­nie zarządu komisarycznego... Przed pójściem spać ja i moja córka rozmawiałyśmy przez chwilę i ja wyra­ziłam przypuszczenie, że być może mąż załatwił spra­wę, którą zajmował się ostatnio, i że może do nas wkrót­ce przyjedzie. W środku nocy zbudził mnie telefon od mojego brata Luciano, który powiedział mi o śmierci mojego męża. Powiedział mi, że martwe ciało mojego męża zostało znalezione w Tamizie, w Londynie... Za­reagowałam gwałtownie, i owładnięta rozpaczą wybu­chłam płaczem....

Dnia 2 listopada 1983 dziennik Corriere della Sera publikuje nekrolog zamieszczony przez rodzinę Calvi:

"W to smutne święto zmarłych, Clara, Anna i Carlo Calvi proszą rodzinę i przyjaciół o modlitwę za duszę bankiera Roberto Calvi, którego wykorzy­stano, ścigano i w końcu zamordowano z wyrafino­wanym okrucieństwem. Rodzina nie zapomni, nie prze­baczy, nie pogodzi się z tym, ale prosi Boga o spra­wiedliwość w tym życiu i w życiu wiecznym".

9 kwietnia ł 997 sędzia rzymski Otello Lupaccini wyda postanowienie o zastosowaniu aresztu tymczasowego wobec bossa Pippo Calo, byłego ka­sjera mafii, i wobec Flavio Carboni. Według tezy oskarżenia prokuratora Giovanni Salviego obaj zor­ganizowali zabójstwo Roberta Calviego. Trzymając się zeznań trójki skruszonych mafiosów (Buscetta, Calderone i Mannoia) bankier miałby być zamordo­wany na zlecenie Calo i Gelliego, którzy powierzyli mu do zainwestowania ogromne kwoty pieniężne, któ­re do nich później nie powróciły. Udusić Calviego miał - według słów bossa Ignazio Pullara - Francesco Di Carlo, który temu zaprzeczył (obecnie przebywa w więzieniu w Londynie za handel narkotykami). W trakcie przesłuchania w Nowym Jorku Manoia do­dał, że "Calo, Riina i Francesco Madonia ulokowali w Rzymie - za pośrednictwem Gelliego - pewne kwoty pieniędzy. O pieniądze miał dbać Gelli... Salvatore Inzerillo i Stefano Bontade mieli Sindonę".

388

389


Anna Calvi wspomina

22 października 1982 prokuratorzy Bruno Siclari i Pierluigi Dell'Osso przesłuchali w ambasadzie włoskiej w Waszyngtonie również córkę bankiera Ro­berto Calviego - Annę. Jej zeznania pozwalają poznać kolejne zakulisowe okoliczności skandalu z ban­kiem Ambrosiano, dotyczące stosunków bankiera z IOR i jego osobistych kontaktów z papieżem. Oto wybrane, najważniejsze fragmenty jej zeznań.

W miesiącu maju [roku 1982 na około miesiąc przed śmiercią Calviego}, a dokładniej " w drugiej po­łowie maja, mój ojciec przekonał moją matkę, żeby wy­jechała z Włoch, powtarzając jej wielokrotnie, że ciąży nad nimi poważne niebezpieczeństwo. Pamiętam, że w trakcie ostatniego weekendu spędzonego w Drezzo

39]

przed wyjazdem matki, która faktycznie wyjechała na­stępnego poniedziałku, przyjechał do nas jak zwykle, Carboni. Przyjechał do nas, wtedy w towarzystwie pana Pisanu [byłego chadeka, a obecnie prawej ręki Berlusconiego}. Po obiedzie ojciec odszedł na stronę, żeby porozmawiać z Carbonim, natomiast matka gawędziła w tym czasie w innym miejscu w panem Pisanu.

Muszę przyznać, że owładnęła mną ciekawość, żeby usłyszeć, o czym to mój ojciec i Carboni mogli mię­dzy sobą w trakcie tych długich, dysput rozmawiać, więc zaczęłam im się za uchylonymi drzwiami przysłuchiwać. Usłyszałam - a mówili dosyć głośno - że dyskutowali o czymś , co wiązało się z Watykanem. Konkretnie usły­szałam, jak mój ojciec powiedział do Carboniego, że winien on dać do zrozumienia w Watykanie, iż księ­ża powinni zdawać sobie sprawę ze swych zobowią­zań, ponieważ w przeciwnym razie on o wszystkim opo­wie. Pamiętam dokładnie, że mój ojciec tę myśl Carboniemu, który tego słuchał i potakiwał, powtórzył wielo­krotnie. Rozmowę na temat problemów istniejących po­między moim ojcem i Watykanem, a w szczególności między ojcem i IOR,