Piotr Ikonowicz (z NIE)
Bardzo wschodni Niemiec


Rodzice uciekli z NRD na tydzień przed budową muru. Martin Kraemer urodził się w 1971 r. w Hanowerze. Mieszkali całą rodziną u dziadka w pobliskiej wiosce Alfeld, bo było biednie i nie mieli na czynsz. Matka była malarką, ojciec - architektem. Oboje ukształtował bunt 1968 r. Gdy rewolucyjna fala opadła, ich przyjaciele ze studiów poszli w terroryzm. Ojciec, z robotniczej rodziny, podobnie jak matka nie lubił wschodniego zamordyzmu, przed którym uciekł, ale był idealistą i radykałem. Działał w SPD na szczeblu lokalnym. Z dawnych czasów pozostał portret Mao w gabinecie. Czasami wpadali do nich koledzy z dawnych czasów, którzy "nie zaprzestali walki klasowej". Matka robiła dużo kawy i kanapek, a najedzeni goście wymyślali rodzicom od kolaborantów pogodzonych z kapitalistycznym reżimem.

Geografii uczył Martina zdeklarowany faszysta, który opowiadał o tym, jak bolszewickie i amerykańskie hordy najechały Niemcy. Opowiadał rasistowskie dowcipy: Na II wojnie światowej stracił nogę i rozum. Pewnego dnia przyniósł mapę z 1938 r. i kazał im się nauczyć wszystkich niemieckich nazw miast i rzek będących po polskiej stronie. Martin ślęczał przez całą noc i męczył się nad wymową. Najtrudniej mu szło ze Szczecinem. Nazajutrz zgłosił się do odpowiedzi i zaczął recytować polskie nazwy. Nauczyciel kazał mu przestać. Kiedy wraz z kolegami Martin próbował doprowadzić do zwol-nienia belfra, okazało się, że władze szkoły i miasta w całości pochodzą z Jeleniej Góry i wolą nazwy niemieckie. Mimo to maturę zdał z wyróżnieniem.

Nie chciał studiować, bo uważał to za drobnomieszczański luksus. Jako nastolatek czuł się komunistą i bardzo żałował, że urodził się zbyt póśno, żeby żyć w jakimś kraju socjalistycznym. Często się o to spierał w domu. Rodzice mieli teorię rewolucyjną w małym palcu, więc aby ich przebić, musiał jak najszybciej przystąpić do praktycznej walki z systemem. Zamiast na studia pojechał do Francji i zamieszkał u kolegi na komunistycznym, robotniczym przedmieściu Paryża. Postanowił wtedy, że zostanie rolnikiem i przystał do Grupy Badawczej na rzecz Rozwoju Rolnictwa w Trzecim świecie zorganizowanej przez komunistycznych imigrantów z Afryki. Został pomocnikiem na ich farmie szkoleniowej pod Paryżem. Pewnego dnia jeden z senegalskich towarzyszy zaczął przeglądać jego półkę z książkami i odebrał mu wszystkie tomiki afrykańskiej poezji wyjaśniając, że takie luksusy odrywają go od walki klasowej. Gdy okazało się, że nie przyjmie islamu, przestali go uczyć arabskiego. Tłumaczyli to tak: Kiedy staniesz przed najwyższym i okaże się, że znając arabski mimo to nie przeszedłeś na islam, to już na pewno nie doznasz zbawienia. A tak, zawsze się możesz tłumaczyć nieznajomością języka. Byli z Senegalu, Mauretanii, Mali. Pracowali w Renault i innych fabrykach, spali na trzy zmiany w zatłoczonym mieszkaniu. Chcieli wracać do Afryki, żeby tam otworzyć spółdzielnię i ulepszać techniki rolne. Martin nie poleciał do Senegalu, żeby nie drapać ozonu. Uznał, że jego rewolucyjny wkład w afrykańskie rolnictwo będzie mniejszy niż szkoda, jaką wyrządza środowisku latanie samolotem. Farma była dla niego za mało polityczna, zradykalizował się, a że brakowało gotówki na projekt kolejnej komuny rolnej, zaczął wystawiać czeki bez pokrycia, żeby kupić ziemię, sadzonki, zbudować szklarnie. ścigany przez bank i firmy egzekucyjne wrócił do Niemiec, gdzie wyłgał się historyjką o zgubieniu książeczki czekowej. Czuł, że dobrze robi, bo pieniądze zabrał kapitalistom.

Dziadek Martina był esesmanem wykupionym przez władze RFN z NRD-owskiego więzienia. Martin widział go tylko przez dwie minuty. Jednak kiedy ojciec przekonywał Martina do podjęcia studiów, wspomniał, że jego własny biologiczny ojciec z SS namawiał go do jak najszybszego podjęcia pracy zarobkowej. Zrobił dokładnie odwrotnie i został architektem. Pod wpływem tej argumentacji Martin zapisał się na studia rolnicze w prowincjonalnej uczelni pod Kassel. Marzyło mu się stworzenie komuny rolnej w którymś z dawnych majątków oddawanych teraz junkrom we wschodnich landach. Wraz z kolegą ze studiów, wnukiem Tomasza Manna, pojechali pod Halle i spróbowali. Nie wypaliło. Niemcy były już zjednoczone. Przegrali z prawem własności i prawami rynku.

Wtedy zajął się zwalczaniem upraw eksperymentalnych genetycznie mutowanej żywności. Nie dlatego, że walczył o zdrową żywność, ale głównie dlatego, że międzynarodowe koncerny chciały wyhodowane ziarna opatentować i sprzedawać głodującym krajom Trzeciego świata. 1 kwietnia 1993 r. urządzili demonstrację przed hanowerską siedzibą korporacji międzynarodowej KWS powiązanej z Hoechstem. Potem poszli do wioski opodal miasteczka Einbeck, rozwiesili folię i posadzili ekologiczne buraki i ziemniaki tam, gdzie korporacja miała sadzić swoje genetyczne eksperymenty. Po czterech tygodniach z okupacji pola ogólnoniemiecka telewizja prowadziła transmisję na żywo. Do ich akcji próbował się włączyć Greenpeace. W zamian Martin i towarzyszący mu działacze zażądali komórki, żeby móc informować media o kolejnych akcjach ochroniarzy i okolicznych chłopów. Była to pierwsza taka akcja w Europie i dała początek całemu ruchowi. Następne akcje polegały na demolowaniu plantacji już istniejących. Kiedy wyrywaliśmy sadzonki, a chłopi i ochrona ganiali nas z psami, nieraz słyszeliśmy faszystowskie okrzyki:
do gazu!
W tamtym czasie często zmieniał adres. A gdy zrobiło się naprawdę gorąco, uciekł do Rumunii, gdzie przy pomocy pewnego życzliwego popa w miejscowości Rikisz w Transylwanii hodował leczniczy koper włoski na pracę magisterską. Dostał za nią nagrodę - jak się potem okazało - ufundowaną przez Związek Wypędzonych. Więc ją sumiennie przepił z kolegami.

Po powrocie do Niemiec żył z oszczędności w wozie pszczelarskim i próbował uprawiać ziemię. Ekologiczne buraki jednak też nie wypaliły. Potrzebował czegoś bardziej wybuchowego. Uznał, że lepszym narzędziem walki z systemem niż rolnictwo jest kultura i nauka. A że zawsze coś malował, podjął studia na Akademii Sztuk Pięknych. Przeżywał kryzys, nie chciał już dłużej żyć w Niemczech. Tęsknił za Wschodem. O wyborze Polski zdecydował przypadek. Zdarzył się na dworcu Zoo Garten w Berlinie. Gdy w 1989 r. wychylił się z pociągu i zobaczył na sąsiednim peronie pociąg z Warszawy, zagrał na trąbce Mazurka Dąbrowskiego. Z polskiego pociągu wysiadła jakaś starsza kobiecina, przeszła przejściem podziemnym na jego peron i ze łzami w oczach wręczyła mu pięć marek. Dla niej to musiało być wtedy dużo pieniędzy. Studiował na warszawskiej ASP, balangował i czuł głód polityki. A że wciąż ciągnęło go na Wschód, to pojechał w Białostockie. Dostał stypendium z Komisji Europejskiej i napisał pracę doktorską o "Ekonomii politycznej wsi Panki od uwłaszczenia do dziś". Pozostawił po sobie na ścianie remizy strażackiej fresk zatytułowany "Od ciemności do światła", na którym przedstawieni są bolszewicy wyzwalający wieś z ucisku Polski szlacheckiej. Martin twierdzi, że miejscowi chłopi bardzo mu kibicowali.

Jest mistrzem w wyciąganiu pod różnymi pretekstami od Komisji Europejskiej i innych fundacji funduszy, które przeznacza na antykapitalistyczne projekty. Pisze teraz kolejną pracę naukową na temat "Rady robotnicze w procesie rewolucji, Charków 1917, Czechy 1945 i Kuba 1959. Jakie nauki z sukcesów i błędów rad płyną dla przyszłej rewolucji obalającej kapitalizm". Kursuje między Ukrainą, Czechami i Kubą za pieniądze UE. Przy czym na Kubę dociera statkiem, jako załogant, żeby nie drapać ozonu, Z tego samego śródła finansuje działania Wolnej Akademii Freskowej, która tworzy rewolucyjne malowidła (oczywiście pod osłoną nocy) na stacji metra Racławicka w Warszawie, w Stegnie (największy w Europie portret Che Guevary na suficie) i przy okazji wydarzeń alterglobalistycznych we Florencji, Pradze, Genui.

Byłem z Martinem na antyszczycie G8 na pograniczu francusko-szwajcarskim. Gdy szliśmy przez francuskie Annemasse do granicy szwajcarskiej z czerwonym flagami, Martin w kasku na głowie grał na trąbce "Międzynarodówkę", a mieszkańcy w kafejkach wstawali z pięściami w górze i podejmowali pieśń. Tuż przed granicą Martin wrzucił monetę i zabrał koszyk na kółkach spod supermarketu i zaproponował nam, by wrzucić do niego plecaki. Był Europejczykiem walczącym z korporacjami, który miał taki kaprys i wziął wózek z Geanta. My jednak czuliśmy się tym, kim byliśmy. Polakami, którzy podpieprzyli koszyk.
Przed granicą pozbyliśmy się wózka.




strona głowna