NIEWIDZIALNE KAJDANY
czyli historyjka o braku wolności w erze post-państwowej

(z Mać Pariadka 1998)

Motto: "Wszelkie wyzwolenie zależy od świadomości zniewolenia" Herbert Marcuse

Przewodnią ideą mniejszych rozważań jest, kontrowersyjne zapewne dla wielu osób, stwierdzenie o wkraczaniu zamieszkujących na ziemi społeczeństw (a przynajmniej tych spośród nich, które znajdują się na wysokim szczeblu rozwoju gospodarczego) w erę post-państwową. Tradycyjny przeciwnik anarchistów - państwo - odchodzi pomału do lamusa wypierany rozwiązaniami stworzonymi przez przedstawicieli nowej władzy. Społeczeństwo postindustrialne to w gruncie rzeczy społeczeństwo z zanikającą władzą państwową. Scentralizowana władza polityczna traci swoje znaczenie w szybkim tempie i zastępowana jest władzą o zupełnie innym obliczu - władzą ekonomiczną o charakterze globalnym, czyli wszechobecnym "wolnym rynkiem".

I. KONIEC PAŃSTWA, KONIEC POLITYKI

Istniejąca dziś jeszcze państwa narodowe to kolosy na glinianych nogach, czy wręcz atrapy mające odwrócić uwagę od zachodzących procesów oraz przygotować grunt pod funkcjonowanie tworów całkowicie odmiennych. Choć kilkanaście lat temu mało kto uwierzyłby w rychły rozpad takich nienaturalnych całości jak ZSRR czy Czechosłowacja, to dziś istnieją na ich miejscu Czechy, Słowacja, Ukraina, Litwa i kilka innych państw. Nie oznacza to jednak, choć na pierwszy rzut oka mogłoby się tak wydawać, początku ery nowych nacjonalizmów. Owszem, ożywienie narodowe jest faktem, czego dowodem choćby prężny ruch "mikronacjonalistyczny" i rozkwit tendencji separatystycznych, jednak w rzeczywistości państwo takie, jakie znaliśmy do tej pory, bliskie jest swojego końca. Żywotność państw nie wyczerpała się bynajmniej i ich obumieranie nie jest procesem naturalnym, lecz przypomina raczej żywot osobnika faszerowanego stopniowo dawkami trucizny. Państwo ustępuje miejsca strukturom o zasięgu ponadnarodowym, kontynentalnym, i choć początkowo owa nowa struktura przyjmie postać super-państwa (np. Unia Europejska), o tyle założeniem docelowym jest stworzenie super-rynku, pozornie zdecentralizowanej struktury, gdzie zabraknie miejsca dla opartej na przymusie fizycznym władzy. Miejsce żandarma zajmie sprzedawca, postać wszak o wiele mniej złowieszcza i nie odbiegająca od dzisiejszych wyobrażeń fanów "wolnego rynku" na temat tego, jak wyglądać powinna wolność. Jako urodzony malkontent, im dłużej przyglądam się procesom demontażu państwa, tym sceptyczniej nastawiony jestem wobec tej "wolności", którą widać na horyzoncie. Uważam, że autentycznej wolności nie tylko nie będzie więcej w tak wyglądającej erze post-państwowej, jaką pobieżnie nakreśliłem powyżej, lecz że zakres jej wręcz zmaleje, a nowe czasy staną się erą zniewolenia. Jedyna realna zmiana, na jaką możemy liczyć, to nowe formy wyzysku i nowe obszary ograniczania naszej wolności, niezależności i swobody decyzji.
Zastąpienie państwa globalnym "wolnym rynkiem", a władzy politycznej - ekonomiczną, jest w moim odczuciu nie tyle ucieczką z deszczu pod rynnę, co raczej przywodzi mi na myśl pasażera lekko uszkodzonego okrętu, który nigdy nie nabył umiejętności pływania i widząc swój środek lokomocji w stanie awarii postanawia się ratować... skacząc w spienione fale.

II. UPADEK IMPERIUM

Państwo nie upada z dnia na dzień. Proces jego demontażu trwa już wiele dekad i początkowo realizowano ten zamiar w imię utopijnych mrzonek o "rządzie światowym", który miałby rozwiązać problemy o skali ponadnarodowej: utrzymanie pokoju, zapewnienie gospodarczej prosperity, walka ze zorganizowaną przestępczością i zanieczyszczeniem środowiska naturalnego. Im prężniej rozwijały się najbardziej zaawansowane technologicznie kraje, im większą wagę ich mieszkańcy przywiązywali do konsumpcji, tym coraz mniejszym powodzeniem wśród establishmentu cieszyła się idea globalnej władzy politycznej. Jednak o jej zastąpieniu przez pomysł "miękkiej" władzy ekonomicznej zadecydowały przede wszystkim kwestie finansowe. Utrzymanie aparatu ucisku opartego o siły represji wymaga wysiłku, stałej uwagi i pochłania spore zasoby finansowe (a kto lubi niepotrzebnie wydawać forsę, nawet jeśli pochodzi ona z cudzej kieszeni; wszak zawsze można spożytkować ją w lepszy sposób), których pozyskiwanie od poddanych natrafia na opór. W epoce nowej władzy nie dość, że poddani sami będą się pilnować, to jeszcze ochoczo dostarczą władcom te pieniążki, na których zabieranie tak w erze państwowej pomstowali. Jest też drugi wątek finansowy całej sprawy. Stara marksowska teza, iż proletariat nie ma ojczyzny, zastąpiona została konstatacją, że to ponadnarodowy wielki biznes nie lubi tych, którzy w imię jakiegoś tam "wspólnego dobra" każą płacić podatki, cła, etc. Potwierdziła się za to inna teza autora "Manifestu Komunistycznego", ta mianowicie o postępującej koncentracji kapitału. Im bardziej rosła siła i zasięg oddziaływania poszczególnych wielkich firm, tym bardziej widoczna stawała się sprzeczność interesów tych ostatnich i państw narodowych. Oczywiście częściowo słuszne jest twierdzenie, że szefostwo tychże państw oraz agenci kapitału doskonale się przez wiele lat dogadywali, niemniej jednak było to z punktu widzenia bossów biznesu rozwiązanie mało efektywne, gdyż dogadywanie owo stawało się coraz bardziej kosztowne: konkurencja też się dogaduje przez co zawyża stawki, a im więcej dogadywania się tym apetyty biorców, czyli aparatczyków państwowych, rosną. Możemy oczywiście zauważyć, że lata współpracy sprawiły, iż wielu przedstawicieli klasy politycznej jest jednocześnie częścią składową kadr biznesu. To oni właśnie pierwsi dostrzegli te ułomności władzy politycznej, których pozbawiona jest władza ekonomiczna. Otóż polityka, nawet (a może zwłaszcza) w epoce masowej demokracji, ma swoje wady. Osoby będące na świeczniku narażone są na ciągłą krytykę ze strony poddanych i prasy, nawet jeśli ta służy swym panom politycznym (choć częściej służy panom ekonomicznym). Sama władza polityczna jest przede wszystkim zbyt widoczna, zbyt jawna i nawet u osobników słabo rozgarniętych budzi sprzeciw i podejrzenia odnośnie tego, czy rzeczywiście służy "dobru wspólnemu". Jawne zawładnięcie i stosowanie środków represji przez rządzącą elitę napotyka na krytykę ze strony osób, którym z jednej strony mówi się o równości szans, równości wobec prawa, a które dostrzegają polityczny nepotyzm i istnienie w praktyce równych i równiejszych. Władzę polityczną łatwo jest poddać krytyce, łatwo wykazać błędy poszczególnych osób czy grup decydenckich, a sama władza nawet w epoce odmienianego przez wszelkie przypadki słowa demokracja jest obywatelom po prostu obca. Dobrze widać to na przykładzie ubiegłorocznej powodzi: w państwie za jej katastrofalne skutki można krytykować i poszczególne osoby, i cały niezdarny system, natomiast w erze post-państwowej pretensje można będzie mieć do siebie, a w najlepszym wypadku do niewielkiej części składowej nowego systemu. Władza polityczna oznacza profity, ale i, przynajmniej minimum odpowiedzialności, natomiast władza ekonomiczna będzie władzą zamaskowaną, z odpowiedzialnością "zdecentralizowaną", przypisaną jedynie niewielkim elementom struktury. Trafnie zauważył to Erich Fromm pisząc: "(...) prywatna korporacja nie podlega i tak niewielkiej już kontroli, jakiej w systemie demokratycznym podlega rząd. Jeśli ktoś twierdzi, iż korporacja kontrolowana jest przez rynek, tzn. pośrednio przez konsumenta, nie zauważa tego, że gusty i pragnienia konsumenta kreowane są w znacznym stopniu przez korporacje". Władza ekonomiczna jest władzą bezpieczną, oznacza czerpanie maksimum korzyści przy minimalnej odpowiedzialności. a odpowiednie pranie mózgów wyeliminuje skutecznie możliwość buntu przeciw "niewidzialnej ręce rynku", zwłaszcza, że jak nietrudno zauważyć, dość ciężko zbuntować się przeciw czemuś niewidocznemu. Jeśli ktoś narzeka, że w systemie demokratycznym wybór w praktyce nie istnieje, bo na kogo by nie oddać głosu w wyborach i tak będzie zachowane status quo, niech raczy sobie wyobrazić "wolny rynek" zdominowany przez kilkanaście wielkich karteli i istniejące tamże możliwości wyboru i zmiany czegokolwiek. Ostatnim wreszcie z czynników warunkujących pojawienie się nowego rodzaju władzy jest postęp technologiczny, który umożliwił na nieograniczoną (pomijam tu kwestię wyczerpywania zasobów naturalnych) skalę wytwarzanie środków pozwalających zastąpić dotychczasowe formy trzymania w ryzach maluczkich. Wydaje się zatem, że zanik państw jest procesem o dużym prawdopodobieństwie sukcesu. Zanik państwa nie oznacza jednak ani zaniku władzy, ani poszerzenia zakresu wolności, chyba, że za takową uznamy większą swobodę w napełnianiu własnego kałduna.

III. NOWA WŁADZA CZYLI WIDEOLOGIA ERY POST-PAŃSTWOWEJ

Podstawowym narzędziem służącym do sprawowania władzy w epoce post-państwowej będą różnorakie techniki przekazywania informacji, treści i obrazów, za pomocą których formowany będzie światopogląd odbiorców. Państwa likwidowały analfabetyzm po to, by każdy obywatel mógł się zapoznać z drukowaną pro-państwową propagandą. Nowa władza korzystając z już istniejącego w społeczeństwie telemaniaków ubezwłasnowolnienia i niemal narkotycznego uzależnienia od mass-mediów zadba o to, by odbiorcy otrzymali odpowiednią dawkę "wolnorynkowej" propagandy. Nowa władza zawładnie środkami masowego przekazu i za ich pomocą kształtować będzie pożądane ze swego punktu widzenia zachowanie poddanych. Benjamin R.. Barber zauważa trafnie, że "dziś prawdziwa bitwa toczy się o to, kto będzie kontrolował obrazy tego świata, a co za tym idzie sprzedawał określony styl życia, kulturę, produkty i idee. "Władza państwowa utożsamiana była z monopolistą na stosowanie środków przymusu, co zapewniało jej niepodzielne władanie. Jednak w rozwiniętych społeczeństwach industrialnych ważniejszy od monopolu na przemoc jest monopol na nauczanie, czy szerzej na dobór i rozpowszechnianie przekazów kulturowych, co trafnie dostrzegł Ernest Geilner w swych "Narodach i nacjonalizmie". Jak pisałem już wcześniej nowa władza będzie miała zupełnie inne oblicze. Brutalna i toporna władza państwa odejdzie w niepamięć i zastąpi ją władza zamaskowana, której zewnętrzna powłoka i styl działania będą daleko bardziej przyjemne dla poddanych, a która przemocy (choć zapewne też nie w tradycyjnym rozumieniu, co umożliwi rozwój technologiczny) używać będzie w ostateczności, wszelkich swoich przeciwników starając się najpierw zneutralizować za pomocą kłamliwej nagonki w mediach (jest to stosowane już obecnie: wystarczy posłuchać doniesień o "islamskich fundamentalistach", "tajnych siłach neonazizmu", "lewackich terrorystach", etc.). Barber nową władzę opisuje następująco: "Twarda potęga ustępuje przed miękką, ideologia przemienia się w swego rodzaju wideologię oddziałującą poprzez slogany i wideoklipy. Wideologia jest bardziej rozmyta i mniej dogmatyczna niż tradycyjna polityczna ideologia, dzięki czemu może z o wiele większym powodzeniem wpajać ludziom nowomodne wartości, przesądzające o sukcesie globalnego rynku". Władza spoczywać będzie zatem w rękach bossów wielkiego biznesu, którzy zawładną (już właściwie to zrobili) mass-mediami. Sektor informacyjny, wbrew temu co Się powszechnie sądzi, jest znacznie bardziej scentralizowany i skupiony w rękach niewielkiej warstwy osób. Jednak w nowej epoce znacznie bardziej widoczni niż władcy będą ich poddani. W cieniu pozostaną ośrodki władzy, znikną belwedery i rządowe rezydencje. Na plan pierwszy wyjdą rządzeni, co dobrze korespondowało z tekstem reklamowego sloganu: "Wszystko robimy dla ciebie!". Istotą nowej władzy nie będzie przymus, lecz manipulacja, która odbywać się będzie na polu konsumpcji wytwarzanych przez "wolny rynek" dóbr.
Mechanizmem kształtującym procesy społeczne stanie się konsumpcja, która nareszcie nie będzie ograniczana przez "socjalistyczne" państwo, że pozwolę sobie tu skorzystać z próbki żargonu Janusza Korwin-Mikkego. Funkcjonujące przez wiele lat ideologiczne slogany o demokracji, wolności wyboru, prawach człowieka, itd. sprawiły, że porządek społeczny opierający się na przymusie fizycznym był coraz powszechniej kontestowany. Władcy uczą się na błędach i nowa władza będzie trudniejsza do zidentyfikowania (łatwo wykrzykuje się "gestapo" pod adresem rządowych policjantów, trudniej robić to podczas oglądania telewizyjnych reklam). Trafnie opisuje ten proces Marek Krajewski: "Władza jest coraz mniej widzialna, a więc znika z przestrzeni społecznej jako własność, którą dysponują określone grupy, a inne są jej pozbawione. Coraz trudniej jest określić nam osoby i grupy, które władzą dysponują, niewidzialne staje się źródło wywierania nacisku. Ktoś manipuluje mass-mediami, ktoś programuje nasze zachowania konsumenckie poprzez reklamę, ktoś narzuca nam określoną wizję świata w odpowiednio spreparowanej rozrywce, ale zazwyczaj trudno nam dokładnie określić, kim dokładnie jest ten, kto dysponuje tą władzą nad nami, dlaczego chce nad nami panować, po co to robi (...)".

IV. NOWI PODDANI CZYLI WOLNOŚĆ KLIENTA DEALERA I MENTALNOŚĆ PROSTYTUTKI

Wolność w epoce post-państwowej nie będzie miała bynajmniej większego zakresu niż w czasach obecnych. Oczywiście, jeśli uznamy że wolność nie jest tożsama z możliwością pozornie nieograniczonego wyboru towarów na targowisku zwanym "wolnym rynkiem". Owa dostępność towarów nie jest wolnością, jeśli zniewoleni mentalnie są klienci targowiska - w takim wypadku nazwana być może ona co najwyżej konsumpcyjną swobodą. Absurdalność utożsamienia możliwości wyboru towarów z wolnością dobrze oddają słowa Herberta Marcuse'a: "Wolny wybór spośród szerokiej różnorodności dóbr i usług nie oznacza wolności, jeżeli te dobra i usługi podtrzymują społeczną kontrolę nad życiem w znoju i strachu - to znaczy, gdy utwierdzają alienację. A spontaniczne odtwarzanie przez jednostkę z góry narzuconych potrzeb nie ustanawia autonomii; świadczy tylko o skuteczności kontroli". Tak rozumianą "wolność" jak chcą tego "wolno-rynkowcy" doskonale podsumowują słowa przywoływanego już Barbera, będące trawestacją znanego sloganu rodem z pism klasyków śmiertelnego wroga fanów rynku: "Konsumenci wszystkich krajów łączcie się! Wszystko, czego wam potrzeba dostaniecie, gdy zakujemy was w nasze kajdany!". Wolność w nowym systemie przypominać będzie wolność jaką posiada nałogowy heroinista czy kokainista, który wszak w imię owej wolności może wybierać sobie towar od któregokolwiek z licznej rzeszy dealerów - ćpać jednak nie może przestać. Tak też działa rynek, który oferując nam wybór wielu towarów wytwarza jednocześnie mechanizmy, które sprawiają, by rezygnacja z dokonywania jakiegokolwiek wyboru stała się maksymalnie utrudniona. Oczywiście nie zmusza nas do dokonania wyboru pod presją siły fizycznej i to właściwie jest jedyna istotna różnica między systemem starym a nowym. Jednak brak jawnego przymusu nie musi oznaczać wolności i jeśli ktoś z piewców "wolnego rynku" tego nie dostrzega to jest wyjątkowo naiwny. Zacznijmy od tego, że żaden człowiek nie rodzi się z umiejętnością dokonywania wyborów. Jeśli proces jego socjalizacji przebiegał będzie w "wolnorynkowej" atmosferze to mało prawdopodobne jest, by nabył on umiejętność powiedzenia "nie!" podsuwającym mu przynętę pod nos przedstawicielom nowej władzy. Jeśli nawet jednak w jego umyśle zakiełkuje pomysł, że owa oferta to nic innego jak tandetna imitacja wolności to i tak wątpliwe jest, czy starczy mu determinacji do zanegowania powszechnie obowiązujących norm i reguł życia społecznego. Przymus fizyczny zastąpiony może zostać z powodzeniem kreowaniem postaw konformistycznych. Marcuse uważa, iż powszechnie obowiązującym w kapitalizmie prawem jest "(...) wzór jednowymiarowej myśli i zachowania, w którym idee, aspiracje i cele przekraczające przez swą treść oficjalne uniwersum dyskursu i działania są albo odrzucane, albo redukowane do pojęć tego uniwersum". Nieco dosadniej określa to w jednym ze swych esejów Marek Głogoczowski uważający, że "(...) najbardziej zaawansowane ekonomicznie kraje wytworzyły ustrój społeczny, który należałoby określić mianem «grzeczny faszyzm»: absolutny konformizm i partycypację wszystkich warstw społecznych w jednej jedynej czynności: rozwoju ekonomii". System ten jest w istocie niczym innym jak lepszą w wyzyskiwaniu poddanych, doskonalszą wersją dwóch dobrze znanych totalitaryzmów epoki nowoczesnej: faszyzmu i komunizmu. I choć jest niewątpliwie bardziej przyjemny dla ciała, to jednocześnie nieporównywalnie zgubniejszy dla ducha, produkując mentalne kaleki, które "wierzą, że brak bezpośrednich prześladowań politycznych to oznaka uzyskania osobistej wolności" (E. Fromm). Konformizm panujący na "wolnym rynku" przywodzi na myśl sposób rozumowania prostytutki zastanawiającej się wciąż jakby tu najkorzystniej się sprzedać. W tak skonstruowanym systemie władza nie musi się wysilać, by utrzymać w ryzach poddanych, a system funkcjonuje wg słów śpiewanych kiedyś przez zespół Ulica: "Wycisną z ciebie ostatnią potu kroplę, w zamian za łyk wódki zamkną ci mordę, bo każdy z nas, ty i ja, to taka ludzka inwestycja". Cytowany już Krajewski tak oto opisuje warunki panujące w systemie składającym się z "zadowolonych niewolników" (...) głównym środkiem kontrolnym, który prowadzi do reprodukcji społecznego ładu, są jednostkowe wzory konsumpcji, nakładane wzajemnie na siebie i egzekwowane przez pojedynczych członków społeczeństwa (...). Ponieważ agendami tych nowych typów władzy są te same jednostki, które jej podlegają to konsekwencją tego procesu jest nie tylko samodyscyplinowanie się, a nie podleganie dyscyplinie, ale również wyeliminowanie jednostkowego oporu wobec tak rozumianej władzy, a więc jej ogromna skuteczność".
I właśnie o to chodzi w bajce o nazwie "wolny rynek" - byś zamiast angażować czas i siły państwowego żandarma za mordę trzymał się sam. Stalin i Hitler przewracają się w grobach i zgrzytają zębami z wściekłości - wszak wystarczyło nieco "wolnego rynku", a ich imperia trwałyby do dziś i nikt nie ważyłby się nazwać ich zbrodniarzami. Nazywano by ich raczej dobroczyńcami ludzkości.

V. ANI PAŃSTWO, ANI RYNEK!

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie. co w takim razie powinni robić anarchiści i jak zachować się w obliczu obumierania państwa i rozkwitu nowej, wszechobecnej i potężnej władzy. Wydaje się jednak, że najwyższy już czas, by porzucić złudzenia odziedziczone po innych ideologiach nowoczesności i zaprzestać "twórczego rozwijania" kultu robotnika (anarchosyndykalizm) i mieszczucha (libertarianizm). Może jest to i ciekawa zabawa, ale wolności nie przybliża ani o krok...
(Remigiusz Okraska)
(skanowała legaba)

strona głowna