http://serwisy.gazeta.pl/nauka/1,34157,967547.html

 

Komunizm zapisany w genach

 

  

 

 

  ZOBACZ TAKŻE 

 

• Bielicki, Tadeusz (09-08-02, 11:01)

 

 

 

 

  Z Tadeuszem Bielickim rozmawia Sławomir Zagórski 09-08-2002, ostatnia aktualizacja 09-08-2002 11:02

 

Dzisiaj całe życie ludzkie opiera się na zaciekłej konkurencji. Tymczasem nasza natura jest wytworem świata kompletnie innego niż obecny świat Warszawy lub Manhattanu. Człowieka ukształtowały bowiem komunistyczne społeczności zbieracko-łowieckie

 

SŁAWOMIR ZAGÓRSKI: Panie profesorze, czy to prawda, że Homo sapiens jest lepiej przystosowany do życia w komunistycznej wspólnocie niż w społeczeństwie, w którym wszystko opiera się na bezpardonowej konkurencji?

 

TADEUSZ BIELICKI: Antropolog, który ma profesjonalny nawyk patrzenia na wszystkie sprawy ludzkie z punktu widzenia zamierzchłej historii, a więc z punktu widzenia ewolucji gatunku, odpowiedziałby, że chyba lepiej pasujemy do komunizmu niż do konkurencji.

 

S.Z. Czy takie stanowisko w Polsce A.D. 1996 nie brzmi przypadkiem jak nostalgia za starymi, dobrymi, komunistycznymi czasami?

 

T.B. Ależ to, o czym ja mówię, nie ma żadnego związku z historią najnowszą. Te kilkadziesiąt lat szalonych eksperymentów to tylko chwila w dziejach gatunku. Mam na myśli fakt, że w konkurencyjnych społeczeństwach klasowych ludzkość tkwi zaledwie od paru tysiącleci. Co najmniej 95 procent czasu swego istnienia na Ziemi człowiek i jego przodkowie spędzili w komunistycznych społecznościach zbieracko-łowieckich. To właśnie tamten ustrój ostatecznie ukształtował zarówno ciało, jak i duszę Homo sapiens.

 

S.Z. Z tego, co Pan mówi, wynikałoby, że komunizm mamy zapisany w genach.

 

T.B. Komunizm zapisany w genach... To brzmi ślicznie. Ale to wielki skrót myślowy. Droga od genów, od przyrodzonych skłonności natury ludzkiej, do ludzkich zachowań społecznych i, dalej, do ustroju społeczno-ekonomicznego - to droga daleka i kręta. Na pewno można powiedzieć tyle: człowiek jako gatunek, z wszystkimi jego osobliwościami anatomicznymi, fizjologicznymi i psychologicznymi, został ukształtowany w ramach organizacji społeczeństwa krańcowo różnej od ustrojów, w których przyszło mu żyć od niedawna. To były społeczeństwa bez żadnych hierarchii społecznych, bez rozwarstwienia majątkowego, bez specjalizacji zawodowych, bez centralnej władzy politycznej. Były bardzo silnie nastawione na równość przywilejów i obowiązków, na tłumienie indywidualnej rywalizacji i konfliktów, na lojalne współdziałanie, na w przybliżeniu równy podział zasobów i łupów. Nikt, również ten, któremu się nie powiodło, nie był pozostawiany z pustymi rękami, czy, jak to się mówi, o suchym pysku. W tym sensie można ten archaiczny model organizacji społeczeństwa ludzkiego nazwać komunistycznym. Niezależnie od wszelkich ponurych skojarzeń, w które ten termin obrósł w naszym stuleciu. Tamten komunizm był człowiekowi przyjazny, sympatyczny. No, a poza tym był koniecznością i na owe czasy rozwiązaniem po prostu optymalnym.

 

S.Z. Jak doszło do powstania takiego ustroju? Przecież przedstawiciele dzisiejszych naczelnych - zarówno szympans, jak i goryl - komunizmu nie praktykują. Każda z tych małp żyje w nieco odmiennych społecznościach, ale społeczności te są silnie zhierarchizowane, pozycja członków grupy bardzo zróżnicowana, a dostęp do dóbr i do seksu nierówny.

 

T.B. W przedludzkich społecznościach najprawdopodobniej obowiązywały podobne reguły gry, choć nasza wiedza na ten temat opiera się raczej na spekulacjach. Blisko milion lat temu w ewolucji człowieka zaszło jednak niezwykle ważne wydarzenie, które zdecydowało o przełamaniu tych reguł i o wkroczeniu na drogę równości i sprawiedliwego podziału dóbr. Była to jednocześnie droga do człowieczeństwa.

 

S.Z. Jakie wydarzenie ma Pan na myśli? Wynalezienie narzędzi? Użycie ognia?

 

T.B. Nie. Początkiem procesu uczłowieczenia, tym, co zaczęło nas w sposób tak wyraźnie różnić od wszystkich innych blisko z nami spokrewnionych prymatów, było przejście od roślinożerności i zbieractwa do trybu życia, w którym zaczęliśmy uzupełniać swoją dietę mięsem. Dokładniej mówiąc, tę nową jakościowo sytuację stworzyło łowiectwo, zwane w terminologii fachowej "big-game hunting".

 

S.Z. Czy po polsku można to na- zwać "polowaniem na grubego zwierza"?

 

T.B. Tak. Z tym, że nie musi być to zaraz wielki zwierz, ale na pewno szybszy i silniejszy od człowieka. Antropolodzy wyraźnie rozróżniają dwa rodzaje polowań - "small-" i "big-game hunting". To pierwsze sprowadzało się w zasadzie do zbieractwa. Jaja, pisklęta, drobne ssaki, nieruchawa zwierzyna. Rewolucja zaczęła się, gdy człowiek zaczął traktować łowiectwo zawodowo, kiedy przekształcił się w klasycznego drapieżnika, porównywalnego z psowatymi czy kotowatymi. Właśnie to wydarzenie wywołało całą lawinę zmian społecznych.

 

S.Z. Człowiek to marny drapieżnik. Nie ma ani porządnych kłów, ani pazurów, niezbyt szybko biega.

 

T.B. Ma pan rację. Nasze biologiczne przystosowania do drapieżnictwa są właściwie żadne. Polowanie na grubego zwierza wymusiło kolektywizm działania. Tego nie dało się już robić w pojedynkę. Trzeba było działać w zgranym, kilku a nawet kilkunastoosobowym zespole, a także dzielić się łupem. Po upolowaniu nosorożca człowiek nie był w stanie zjeść go sam. W czasie, gdy mężczyźni byli na łowach, kobiety opiekowały się dziećmi i strzegły domowego ogniska. "Big-game hunting" wymusiło nie tylko ścisłą współpracę łowców, ale także bardzo wyraźny podział ról pomiędzy płcie.

 

S.Z. Ale przecież taki podział ról dobrze znamy ze świata zwierząt. U niektórych gatunków to zresztą samiec opiekuje się potomstwem, a samica poluje. A zatem podział ról pomiędzy płcie nie jest cechą typowo ludzką.

 

T.B. Nie, ale to, o czym Pan mówi, dotyczy naszych dalszych zwierzęcych kuzynów. U żadnych podludzkich prymatów nie ma płciowego podziału pracy, a pamiętajmy, że okres niedołęstwa i niesamodzielności młodych u tych zwierząt i u człowieka jest wyjątkowo długi. W efekcie przez cały okres swojej maksymalnej sprawności fizycznej kobieta nie mogła brać udziału w łowach, bo albo była w ciąży, albo była obarczona małym potomstwem. Przy żerowaniu indywidualnym nie ma konieczności dzielenia się obowiązkami. Samica szympansa może nosić niemowlę na grzbiecie i szukać w lesie smacznych owoców. Jeśli jednak chce się jeść mięso, trzeba się podzielić pracą.

 

S.Z. Od tamtej pory bardzo się to zmieniło. Kobieta bierze dziś na siebie te same obowiązki ekonomiczne co mężczyzna. Zresztą coraz więcej kobiet wychowuje dzieci samotnie. W jednej ze swych prac pisze Pan, że wśród Murzynów amerykańskich ponad 60 proc. dzieci poniżej 12 lat żyje w rodzinach od początku pozbawionych ojca.

 

T.B. W coraz większym stopniu dotyczy to także białych kobiet.

 

Płcie przestały być komplementarne ekonomicznie. Może pan sobie robić swoje, żona swoje. Jedna z trzech zasadniczych więzi, które od wieków łączyły małżeństwo, słabnie. To była zawsze trojakiego rodzaju więź: rodzicielska, seksualna i ekonomiczna. Ta druga zresztą też coraz częściej jest kwestionowana. Emancypacja kobiet, ich wejście na rynek pracy i wyrównywanie zarobków stworzyło zupełnie nową sytuację. Coraz rzadziej żona ma ochotę być strażniczką domowego ogniska, która siedzi i czeka, aż mąż wróci z delegacji, czyli z "łowów". Ten system pęka. Po raz pierwszy w historii człowieka.

 

S.Z. Ale chyba Pan nie zaprzeczy, że kobiety mają do tego prawo?

 

T.B. Mają, pewnie, że mają. Jeśli kobiety mają ambicje zawodowe, jeśli chcą realizować się poza domem, kuchnią i dziećmi - wolna droga. Tylko trzeba pamiętać, jakie to niesie konsekwencje dla rodziny. Świat już się przez to zmienił i będzie się zmieniał dalej. Być może rodzina elementarna nabierze zupełnie innego charakteru, ale nigdy nie będzie już tym, czym była przez tysiąclecia.

S.Z. Czy człowiek naprawdę musiał polować na grubego zwierza? Czy nie wystarczyłaby mu dieta roślinna, wzbogacona jajami czy pisklętami? A może fizjologia człowieka jest taka, że musimy również żywić się mięsem?

T.B. Nie. Wegetarianie doskonale dają sobie bez niego radę. Choć, z drugiej strony, mięso jest pokarmem bardzo treściwym, trudnym do zdobycia, stąd jego prestiż. Nazbieranie orzechów, kłączy, bulw czy owoców jest czynnością łatwiejszą niż rajdy łowieckie. Tu jest niepewność, konieczność zaczajania się, tropienia, ryzyko niepowodzenia. Towarzyszą temu silne napięcia emocjonalne.

S.Z. Nie wydaje się Panu, że ludzie musieli również znajdować w polowaniu przyjemność?

T.B. Myślę, że tak. To na pewno była frajda. Zresztą trwa do dziś. Stąd stowarzyszenia łowieckie.

S.Z. Ale przecież chyba nie dla tej frajdy człowiek wstąpił na drogę łowcy. Jeśli nie narzuciła tego również nasza fizjologia, to jak to wytłumaczyć?

T.B. Prawdopodobnie chodzi tu o zmiany klimatyczne, które sprawiły, że te najwcześniejsze hominidy zaczęły żyć poza lasem, nawet poza lasem sawannowym, z dala od drzew. Człowiek nie jest jednym gatunkiem prymata, któremu zdarzyło się "uziemienie" - ale jedynym, który do tego stopnia związał się z ziemią jako miejscem bytowania. Przestał wspinać się na drzewa i tam szukać pożywienia. Wyszedłszy z lasu na sawannę, nasi przodkowie zaczęli polować.

S.Z. Milion lat temu nasi prapradziadkowie przestali więc mieszkać w lesie, a następnie zamarzyło się im jadać mięso. By to osiągnąć, musieli nauczyć się zgodnie ze sobą współpracować, sprawiedliwie dzielić się łupem i obowiązkami. Z naszych współczesnych doświadczeń wynika, że zachowania, które maksymalizują współpracę, raczej towarzyszą zagrożeniu. Czyż nie jest nam łatwiej okazywać solidarność i dzielić się z innymi wówczas, gdy dzieje się coś złego?

T.B. To prawda. Ale przecież te dawne społeczeństwa żyły w trudnych warunkach. Bywały narażone na głód, musiały wciąż liczyć się z atakiem ze strony drapieżców. Od chwili, gdy praludzkie grupy zaczęły przemieszczać się na północ, doszło jeszcze zagrożenie chłodem. Tych wszystkich zagrożeń nie ma w ciepłym, przyjaznym, leniwym lesie tropikalnym. Ale człowiek wybrał ryzykowną drogę i to ona dała mu taki napęd ewolucyjny.

S.Z. Z drugiej strony ten dawny świat ma w sobie coś z idylli. Mężczyźni zgodnie polują, kobiety opiekują się dziećmi. Nikt sobie niczego nie zazdrości. Nie ma napięć. Czyż to nie wygląda na idyllę?

T.B. Powiada pan - życie bez napięć. No, nie całkiem, choć stłumiono np. napięcia związane z rywalizacją seksualną, tak ostre u wielu podludzkich prymatów. Sposobem była monogamia. Ona przecież rozdziela seks bardziej sprawiedliwie.

Ale były inne źródła napięć, np. wynikające z monotonii życia w małej grupie. Struktura społeczna dawnych społeczeństw opierała się na istnieniu specyficznej jednostki, zwanej hordą pierwotną lub grupą lokalną, będącej federacją kilku rodzin. To właśnie ona zakładała wspólne obozowisko, ona wyłaniała z siebie kolektyw mężczyzn idących wspólnie na łowy, w jej obrębie dzielono żywność. Kiedy jednak przy tym ognisku dzień po dniu, dzień po dniu, spotykały się te same twarze - to rodziło pewne napięcie. Dobrze znają je osoby, które wyruszają na kilka miesięcy w rejs małym jachtem. Najlepsi przyjaciele wracają czasem z takiej podróży jako wrogowie.

Nasi przodkowie znaleźli na to prosty sposób. Okazuje się, że skład grup lokalnych był do pewnego stopnia płynny. Można było z dnia na dzień zwinąć manatki i przenieść się do grupy sąsiedniej, współplemiennej.

S.Z. A skąd antropolodzy o tym wiedzą?

T.B. W niektórych punktach kuli ziemskiej społeczeństwa takie przetrwały do drugiej połowy XX wieku. Antropolodzy mieli więc okazję dokładnie je poznać. Np. u Buszmenów siedzieli całymi tygodniami i krok po kroku analizowali ich zachowania, strukturę społeczną, wierzenia, rytuały, obyczaje łowieckie, skład pożywienia.

Powiada pan: idylla. Wyczuwam sceptycyzm. A jednak cały ten prymitywny ustrój całkiem nieźle zaspokajał ludzkie potrzeby ciała i ducha. U Buszmenów mężczyzna spędzał na łowach przeciętnie 15 godzin tygodniowo. I to wystarczało do zapewnienia grupie prawie 150 g mięsa na głowę dziennie. Do tego kobiety znosiły w bród pokarmu roślinnego. Grupa zaspokajała też potrzeby duchowe, potrzeby poczucia bezpieczeństwa, przyjaźni, przynależności. Zaś mity i wierzenia wyposażały każdego w spójny światopogląd, w wiedzę o tym, jaki jest świat, jak funkcjonuje, jakie jest miejsce w nim człowieka, jaki sens życia. To mało? Niech pan porówna ów świat z dzisiejszym, z ową nieustanną zawziętą walką o pozycję w hierarchii zamożności, władzy, prestiżu. Niech pan pomyśli o towarzyszących tej walce stresach, upokorzeniach, frustracjach, o tych wszystkich, którzy przegrywają, zostają w tyle. Może ten archaiczny świat był jednak pod pewnymi względami idyllą?

S.Z. Powiedział Pan, że urwała się ona kilka tysięcy lat temu. Dlaczego do tego doszło?

T.B. Stało się tak wówczas, gdy człowiek wpadł na pomysł, że można nie tylko zbierać i polować, ale także uprawiać rośliny i hodować zwierzęta. To spowodowało drugą (po łowieckiej), tzw. neolityczną, rewolucję w naszych dziejach. Rewolucję, która notabene trwa do dziś, i której konsekwencje czujemy na własnej skórze. Po pierwsze człowiek stał się gatunkiem osiadłym. Najpierw zamieszkał w wioskach, potem zaczął budować miasta, potem bardzo szybko przyszła urbanizacja ze wszystkimi jej konsekwencjami. Dramatycznie wzrosła gęstość zaludnienia. Nastąpiła specjalizacja pracy, powstały zawody. Okazało się, że nie wszyscy muszą umieć wszystko. Coraz wyraźniej zaznaczała się hierarchia zawodów, pojawiła się centralna władza polityczna, no i rynek - czyli możliwość bogacenia się jednych kosztem innych.

S.Z. Ale chyba ten pomysł o uprawie roślin i hodowli zwierząt, o osiedleniu się, musiały nam podszepnąć geny, które ulegały zmianom w toku ewolucji. Może w tych genach znalazło się coś, co popchnęło nas w kierunku konkurencyjnych, zhierarchizowanych społeczeństw?

T.B. Nie, to nie geny popchnęły nas w tę stronę, to raczej lawina zmian, którą uruchomiła owa rewolucja neolityczna. Potem rozwój cywilizacji potoczył się już jakby samoczynnie i nieodwracalnie, każdy etap wymuszał pojawienie się następnego.

Tymczasem z biologicznego punktu widzenia nasz gatunek został w pełni uformowany co najmniej 40 tysięcy lat temu, a prawdopodobnie nawet trzy razy dawniej, a więc w okresie pełnego rozkwitu ustroju zbieracko-łowieckiego. Gdyby pan wziął ówczesnego człowieka, wsadził mu kapelusz na głowę, zawiązał krawat i wypuścił na ulicę, nikt by nie poznał, że to przedstawiciel górnego paleolitu.

Zatem z punktu widzenia biologii, z punktu widzenia genetyki, należymy do tamtego, odległego świata. A dzisiejszy świat nie tylko nijak nie pasuje do "idylli" z czasu łowów na nosorożce, ale zaczyna się coraz bardziej wymykać nam z rąk, coraz szybciej toczyć.

I tu właśnie dochodzimy do kwestii, która dotyczy nas - ludzi końca XX w. Do tego dysonansu pomiędzy tempem naszej ewolucji a szybkością, z jaką zmienia się otaczający nas świat. Antropologowie twierdzą bowiem, iż uformowane dziesiątki tysięcy lat temu ciało i dusza człowieka wystawione są na zupełnie nowe niebezpieczeństwa, takie, o jakich nikt nie miał pojęcia jeszcze sto, a nawet pięćdziesiąt lat temu.

S.Z. Jakie niebezpieczeństwa ma Pan na myśli?

T.B. Rozpad tradycyjnej monogamicznej rodziny. Upadek autorytetu starości. Poczucie zagrożenia i alienacji, częste już u ludzi po czterdziestce. Słabnięcie ciągłości kulturowej między pokoleniami.

S.Z. Dlaczego uważa Pan, że są to niebezpieczeństwa zupełnie nowe? Przecież świat zmienia się nie od dziś. Może tylko nam się wydaje, że żyjemy w wyjątkowych czasach, a tak naprawdę to one zawsze były wyjątkowe i nasi pradziadkowie też mieli wrażenie, że życie pędzi i wymyka im się z rąk.

T.B. Nie ma pan racji. Tempo zmian nigdy nie było tak szaleńcze. Gdybym żył np. 500 lat temu i dożył mojego wieku, świat który by mnie wtedy otaczał - urządzenia techniczne, obyczaje, słownictwo - nie różniłby się w sposób zasadniczy od tego, który mnie uformował w dzieciństwie. Świat się zmieniał oczywiście, ale na tyle powoli, że w skali życia jednostki postrzegany był jako stabilny, stacjonarny. Dziś w ciągu mojego życia zdążył się zmienić omal nie do poznania. A przecież rytmy i prawidłowości rozwoju osobniczego pozostały te same. Ta faza rozwoju, w której łatwość nabywania nowych nawyków i umiejętności jest największa, kończy się równie prędko. Na przykład, około piętnastego roku życia człowiek bezpowrotnie traci możliwość nauczenia się obcego akcentu. Może pan zostać poliglotą i mówić biegle kilkunastoma językami...

S.Z. ...a Anglik i tak rozpozna obcy akcent.

T.B. No właśnie. Po prostu podatność na uczenie, plastyczność, przystosowalność słabną z wiekiem. Człowiek może być niesłychanie sprawny w swoim zawodzie aż do sędziwego wieku i robić znakomite rzeczy, ale już nie wpasowuje się w rzeczy nowe. Ma rutynę, tymczasem dziś rutyna przestaje wystarczać.

S.Z. A 500 lat temu wystarczała?

T.B. Tak, bo w ciągu życia jednostki nie pojawiały się nowe wyzwania, a w każdym razie nie w tym tempie i nie z takim impetem jak obecnie. Dzięki temu starość w oczach młodszych pokoleń była zawsze synonimem doświadczenia, wiedzy, skarbnicą mądrości. A dziś już nie jest. Pięćdziesięciolatek znacznie trudniej niż dwudziestolatek opanowuje tricki internetu i nie jego to wina, bo w czasie gdy ten pierwszy miał giętki, dwudziestoletni umysł, o internecie nikomu się jeszcze nie śniło. Więc zaczyna być postrzegany raczej jako troszkę śmieszny mamut, niż jako godny naśladowania mędrzec. Tym bardziej że irytuje go też nowa muzyka, nowy slang młodzieżowy.

Ja tu nie lamentuję, tylko stwierdzam, że to kolejna sytuacja w dziejach gatunku zupełnie nowa i, że tak powiem, nieprzewidziana.

Coraz bardziej widoczny staje się też problem luki międzypokoleniowej. Pomiędzy moimi dziećmi jest osiem lat różnicy. A one już postrzegają siebie nawzajem jako należące do różnych pokoleń. Moja córka ma inne upodobania muzyczne, inne wzorce niż jej młodszy brat. Jeśli kilka lat wystarczy, by wykształciły się różnice, które są przez nich postrzegane jako intergeneracyjne, a nie jako indywidualne - to jest to sytuacja nowa. Tego wcześniej nie było.

Jest też inna bardzo ważna kategoria zagrożeń, wiążąca się z potrzebami duchowymi człowieka. Można tu mówić o dwóch rodzajach potrzeb. Jedna to potrzeba rozumienia świata. Występuje ona już w świecie podludzkim - prymaty mają bardzo silnie rozwinięty instynkt ciekawości, wyrażający się w nieustannym, bezinteresownym badaniem otoczenia.

Ludzie, w odróżnieniu od zwierząt, mają jeszcze inną silną potrzebę. Zadają sobie pytania: jak żyć i po co żyć. Jaki jest sens mojej jednostkowej egzystencji? Czym się ta egzystencja kończy? Takie pytania narodziły się zapewne w chwili, gdy człowiek zdał sobie sprawę z kresu własnego życia, gdy pojawiła się świadomość śmierci.

S.Z. Kiedy to się stało?

T.B. Zapewne co najmniej 150 tysięcy lat temu, na etapie tzw. wczesnego neandertalczyka. Ci ludzie chowali zmarłych już w sposób obrzędowy.

Otóż od niepamiętnych czasów ta druga, specyficznie ludzka potrzeba była zaspokajana w ramach światopoglądu religijnego. Była to wiara w istnienie nadzmysłowej, nadnaturalnej sfery rzeczywistości, wiara w jakieś przedłużenie ludzkiego życia po śmierci. Wiara w to, że moralność nie jest relatywna, tylko że gdzieś tam, na jakichś "kamiennych tablicach" są wypisane przepisy "jak żyć". Oczywiście nawet w tamtych epokach, od antycznych czasów począwszy - zdarzali się dziwacy, w postaci nielicznych intelektualistów...

S.Z. ...którzy twierdzili, że im to niepotrzebne...

T.B. ...którzy sobie filozofowali i, krótko mówiąc, wyznawali światopogląd laicki. Ale światopogląd laicki, który odrzuca sferę sacrum, jako światopogląd mas pojawił się dopiero w XX wieku. Z punktu widzenia historii naszego gatunku ta masowa laicyzacja jest kolejnym zjawiskiem zupełnie nowym.

S.Z. I groźnym?

T.B. Kto wie? Może potencjalnie groźnym. Zostaliśmy ukształtowani w taki sposób, by akurat tę sferę potrzeb zaspokajać technikami światopoglądu magiczno-religijnego. Jak wypadnie próba odpowiedzi na te ważne ludzkie pytania poza tym światopoglądem? Tego nie wiem. Ale być może naprawdę jest tak, że Homo naturaliter religiosus est (człowiek jest z natury religijny).

S.Z. Czy masy, które teraz odchodzą od religii, mogą też odejść od moralności?

T.B. Nie chciałbym stawiać tutaj tezy o upadku obyczajów. Laickiej moralności da się całkiem nieźle bronić. Sądzę jednak, że pojawiają się wtedy problemy natury egzystencjalnej, zwłaszcza na starość. Trudno pogodzić się z faktem, że rola człowieka jako jednostki sprowadza się tylko do bycia wehikułem dla genów. To paradygmat, według którego działa cały świat zwierzęcy. Natomiast człowiek od dziesiątków tysięcy lat działał według innego paradygmatu.

S.Z. Ale czy ten konkurencyjny, zdehumanizowany świat nie pogłębia na nowo naszej tęsknoty za duchowością? Czy nie świadczy o tym np. rosnąca liczba sekt?

T.B. Tak, rodzi się nowe zapotrzebowanie na duchowość. Ludzie podejmują najrozmaitsze próby walki z pustką życiową, z desakralizacją, którą przyniosła nowożytność. Chodzi tu o pytanie o sens życia. Nauka nie daje na nie odpowiedzi, i to programowo. Nauka wzrusza ramionami. Umywa ręce.

Ale uwaga. Proszę bardzo ostrożnie podchodzić do jakichkolwiek prób kwalifikowania współczesnych trendów od strony moralnej, wyrokować czy to dobrze, czy źle. Pewne rzeczy są na pewno złe. Jeśli np. rośnie przestępczość wśród nieletnich, to jest źle. Natomiast zmiana pozycji kobiety w małżeństwie? Jest po prostu inna, nowa. Radykalnie nowa w historii naszego gatunku. Załamuje się owa prastara, wyraźna dychotomia ról społecznych płci. Dychotomia będąca dotychczas jedną z osobliwości człowieka jako gatunku.

S.Z. Biorąc pod uwagę wszystko to, o czym Pan mówi, trudno jednak o optymizm. Tym bardziej że niebezpieczeństwa, które nam grożą, najprawdopodobniej będą się nasilać.

T.B. Na konkurencji opiera się dziś cały świat. Nic nie powstrzyma utalentowanych, żądnych sukcesu, ambitnych młodzieńców przed tym, by co rok, co półtora wprowadzać jakieś niesamowite innowacje techniczne. Nie widzę żadnych symptomów, by ten piekielny wyścig miał zwalniać.

Rytm współczesnej cywilizacji miejsko-przemysłowej wyznacza wściekły pęd do nieutracenia miejsca w hierarchii, do pięcia się wzwyż. Dziś trzeba dorównać Kowalskim. Dorównać symbolami statusu, samochodem, mieszkaniem, pozycją, zarobkami.

Przekroczyliśmy Rubikon i nie mamy odwrotu. Szybciej, szybciej. Lepiej, lepiej. Kumple są tylko po godzinie piątej. Od ósmej do piątej nie ma kumpli, są tylko konkurenci. Bo ja wiem, czy taki powinien być nasz świat? Odnosimy z tego korzyść w postaci niesłychanej dynamiki postępu, ale cenę, w sensie ludzkim, płacimy straszliwą. (Cenę w postaci przegranych. Tysięcy przegranych, które przypadają na jeden sukces. A dlaczego człowiek ma przegrywać? Dlaczego jego życie ma być grą, w której tak łatwo ponieść porażkę? Porażkę, która wcale nie musi oznaczać nędzy, lecz świadczy o tym, że się nie spisałem, że tamten jest lepszy).

S.Z. Ale to połknięcie haczyka konkurencji to nie jedyne nasze odejście od biologii. W rozprawie zatytułowanej "O pewnej osobliwości człowieka jako gatunku" zwraca Pan uwagę, iż Homo sapiens żyje w ciągłym rozdarciu pomiędzy tym, co nakazują mu geny, a tym, co każą kodeksy moralne. I to moralność na ogół bierze górę.

T.B. Tak jest w istocie. Zachowania zgodne z naszym biologicznym interesem często uznaje się za moralnie naganne, i na odwrót. Np. z punktu widzenia biologii mężczyzna powinien starać się "rozsiać" w populacji jak największą liczbę własnych genów. W jego interesie są zatem stosunki płciowe z możliwie dużą liczbą zdolnych do zajścia w ciążę partnerek. Tymczasem takie zachowania mężczyzny są przez większość kodeksów moralnych dezaprobowane.

Przykładem zachowań, jakie narzucają nam kodeksy moralne, a jakie z punktu widzenia biologii należałoby uznać za bezsensowne, są akty bezinteresownego altruizmu. Chodzi tu o najrozmaitsze przejawy pomocy udzielanej obcym, bez oczekiwań na rewanż.

Ów konflikt pomiędzy zaprogramowaniem genetycznym a kulturowym jest wbudowany w każdego z nas i jest gatunkową osobliwością człowieka. A zarazem cechą, która obok świadomości śmierci nadaje ludzkiej egzystencji pewien wymiar tragiczny. Przejmująco pisał o tym już dwa tysiące lat temu Paweł z Tarsu. O owym rozdarciu jednostki między nakazy "członków ciała" i nakazy "prawa Bożego".

S.Z. Czy o dopasowanie naszych właściwości biologicznych do zmieniających się raptownie warunków nie zadba, jak w przeszłości, ewolucja?

T.B. Ewolucja biologiczna jest procesem przystosowawczym potencjalnie potężnym, ale działa leniwie. Potrzebuje setek, tysięcy pokoleń. Więc nas już przestroić nie zdąży. Tym bardziej że właśnie likwidujemy jej główną siłę napędową - selekcję naturalną. Jestem krótkowidzem, noszę szkła minus pięć i pół. W paleolicie nie miałbym żadnych szans. Bez szkieł z odległości kilku metrów nie odróżniam szczura od zająca. Jakim byłbym łowcą?

S.Z. Mógłby Pan być tylko szamanem.

T.B. Może, chociaż pewnie też kiepskim. Na przykład wątpię, czy potrafiłbym wprowadzać się w trans za pomocą tańca.

Ale wróćmy do przykładu z krótkowzrocznością. To jest wada uwarunkowana genetycznie. Kiedyś takie geny były ostro eliminowane, a dziś ten nacisk został zdjęty. Stało się tak, z jednej strony, za sprawą medycyny, z drugiej - poprzez regulację urodzin. Liczba potomstwa, które po sobie zostawiamy, nie zależy już ani od przeżywalności tego potomstwa, ani od naszej płodności. Liczy się świadoma decyzja, ile chcemy mieć dzieci.

 

S.Z. Panie Profesorze, ku czemu zmierza świat?

T.B. Ha! Pytanie za sto punktów. Mam kolegę po fachu, człowieka wielkiej mądrości, który by dał odpowiedź zdecydowaną. Świat idzie do diabła.

S.Z. Będzie coraz gorzej?

T.B. Idzie w złą stronę. Degeneracja we wszystkim: w literaturze, w sztuce, w światopoglądzie, w stosunkach międzyludzkich. Przyzwoita muzyka skończyła się na Bachu. Jazz jest zemstą Czarnych za okres niewolnictwa. Postępujące rozchwianie kryteriów oceny i systemów wartości. Ale trzeba pamiętać, że czarne scenariusze przyszłości europejscy intelektualiści piszą już od ładnych kilku stuleci.

S.Z. Rozumiem, że Pan jest mniej radykalny w swoich ocenach i prognozach. W artykule "Piękny wiek XX", opublikowanym niedawno w "Znaku", pisze Pan, iż złe prognozy na ogół się nie sprawdzają, intelektualiści zaś są od tego, by formułować najrozmaitsze ostrzeżenia, które zwykle mają niewiele wspólnego z rzeczywistością.

T.B. Lamenty intelektualistów są światu bardzo potrzebne, jako ostrzeżenia skłaniają do podejmowania na czas działań naprawczych. Ale przecież przesadą jest twierdzenie, że cywilizacja przemysłowa pcha świat w kierunku ogólnego zdziczenia obyczajów i degrengolady moralnej. Pod niektórymi przynajmniej względami świat dzisiejszy jest, mimo wszystko, przyzwoitszy niż ten sprzed 1000 lub choćby 200 lat. Na przykład mniej w nim fizycznego okrucieństwa. Proszę pamiętać jak przez całe stulecia wykonywano karę śmierci. Publiczne egzekucje z reguły poprzedzone torturami. Łamanie kołem, wyrywanie języka, wyłupywanie oczu. Gawiedź sycąca wzrok powolnym konaniem na krzyżu, na palu, na stosie. Albo obyczaje wojenne: mordowanie jeńców, rzezie ludności zdobywanych miast. To się nadal zdarza, ale rzecz w tym, że jest powszechnie traktowane jako zbrodnia, barbarzyństwo, a nie, jak dawniej, jako normalny, akceptowany porządek świata. Za przestępstwo uznaliśmy już samą wojnę napastniczą. Dawniej nikt jej nie kwestionował, jeden król miał po prostu prawo napaść drugiego.

Albo warunki pracy. Jeszcze w wieku XIX w Anglii dziesięcioletnie dzieci pracowały w kopalni. Siedemdziesięciogodzinny tydzień pracy w fabrykach był regułą. To był straszny, obrzydliwy świat.

S.Z. Ale fakt, że świat stał się bardziej przyzwoity niż kiedyś, niewiele pomoże nam w zmaganiu się z nowymi niebezpieczeństwami, o jakich mówi współczesna antropologia.

T.B. Człowiek jest tajemniczo potężną istotą. Coś wymyśli. Będzie sobie radził. Np. wymyślił modę na jogging. W campusach amerykańskich w porze lunchu budynki pustoszeją, panie i panowie w różnym wieku wskakują w szorty i pot spływa im na brwi. Oni w ten sposób wracają do marszobiegu na tropikalnej sawannie, do prastarej, typowo ludzkiej, wspaniale zdrowej ludzkiej aktywności!

A co do prognoz? Historia dowodzi, że nasza przyszłość, nawet ta nieodległa, jest słabo przewidywalna. Może na tym właśnie polega jeden z uroków życia?

Z Tadeuszem Bielickim rozmawia Sławomir Zagórski

 

strona główna