Lucka historia, czyli przygody innego bytu w innym wymiarze.


Słońce chyliło się ku zachodowi. Cienie drzew zaglądały w okno. Lucek przeciągną się leniwie, miał jeszcze chwilę czasu, zanim słońce zupełnie zajdzie, aby przebudzić swój ateistyczno-realistyczny mózg. Nacisnął zielony przycisk POWER w swoim ukochanym komputerze. Wentylatory zaczęły cicho szumieć, talerze dysku zawirowały. System począł ładować kolejne pliki startowe, diody zalśniły zielono-czerwonym blaskiem. Lucek przez chwilę wsłuchiwał się lubieżnie w zgrzyty dochodące z głębi komputera. Ten odgłos sprawiał, że życie Lucka nabierało barw ciemnych i ponurych, bo tylko wtedy czuł się szczęśliwy. Mógł w ciemności nieść światło.
Ten dzień, a raczej noc, zapowiadał się na szczególnie owocny. Lucek po wielu staraniach znalazł książkę obnażającą kolejne występne uczynki kościoła.
- No, jeszcze raz im pokażę - myślał radośnie - jak to jest z ich chorym kościołem.
Uruchomił skaner. Skaner zazgrzytał, drgnął, po czym zamilkł, niedając znaku życia.
- Co jest do cholery? -zdumiał się nasz ulubiony bohater ateistycznego opowiadania - przecież działał mi jeszcze wczoraj! Lucek zbliżył się ostrożnie ze śrubokrętem do niewdzięcznego urządzenia. Chciał otworzyć obudowę i zobaczyć, co mogło się stać. Odkręcając ostatnią śrubkę nie zdawał sobie sprawy, że przetarta izolacja przewodu zasilającego grozi zwarciem. I stało się. Przewodnikiem został nasz ukochany bohater (niezbyt pozytywny?) Lucek. Przez chwilę czuł, że coś jest nie tak, a potem ogarnęła go błoga ciemność. Tracąc świadomość, pomyślał, że chyba nie zdąży z kolejnym odcinkiem książki Dresznera i biedny Apis z rozpaczy chyba znowu nabluzga Radkowi Sradkowi - jak miewał go w zwyczaju pieszczotliwie nazywać.

* * *

Świadomość przychodziła wraz z bólem zaczynającym się w okolicach prawej dłoni, a kończącym się w podstawie czaszki. Lucek odworzył jedno oko, ale zaraz szybko je zamknął. Jasność, jaka uderzyła go po oku, była prawie nie do zniesienia.
- No, odzyskałeś świadomość - doleciał Lucka niebiański głos - to dobrze, bo wbrew pozorom nie mamy aż całej wieczności.
Tego było za dużo, nawet na Lucka stalowe nerwy. Otworzył oczy, nie bacząc na jasne światło wydobywające się niewiadomo skąd i po co. Przed sobą ujrzał biurko, a za biurkiem siedzącego, brodatego mężczyznę w słusznym wieku, ubranego w białą szatę. Obrazu dopełniała dyskretna aureola nad głową dziwnego osobnika. Lucek uświadomił sobie, że siedzi na krześle przed biurkiem i że znajduje się w Niebie. Każdego innego ateistę na miejscu Lucka, ten fakt zbiłby z pantałyku, ale nie jego. Nasz bohater był już od dzieciństwa nader śmiały i kłopotów z nawiązywaniem nowych znajomości nigdy nie miał.
- Jak widzisz i zdążyłeś się już zorientować, jesteś w Niebie Pana Naszego Jedynego. Ja jestem św. Piotr i moim zadaniem jest wciągnąć cię na listę, zaznajomić cię z sytuacją i prawami obowiązującymi tutaj.
- Ki św. Piotr? - zastanawiał się Lucek - Co ja tutaj robię? Jakim cudem? To pewnie moja Babcia i te wredne katole z psr modliły się za mnie.
- Za szczególne zasługi w umacnianiu wiary, za niesienie światła, za szczególną pomoc bliźnim, zostajesz mianowany Aniołem III Kategorii z możliwością dalszego awansu.
- Zaraz, nie tak szybko, cholera, ja w was nie wierzę! - Krzyknął po tej informacji Lucek.
- Rozumiem, rozumiem, to skutki szoku pourazowego - uśmiechnął się protekcjonalnie św. Piotr.
- Jaki szok! Ja jestem ateistą, całe życie walczyłem z zabobonem i zaczumieniem ludzkim.
- A no właśnie... Ludzie zwracali się do ciebie - tu św. Piotr spojrzał w teczkę leżącą przed nim - ludzki, co znaczy, że pomagałeś ludziom.
- To błąd, literówka! Lucek się do mnie zwracali! Od Lucyfera, tak pieszczotliwie mi zdrabniali nicka!
- Oj figlaż! Rozumiem, szok niedługo minie, przyzwyczaisz się. Tu jest miło, sucho i ciepło. Jak postarasz się, to dostaniesz awans. A teraz musisz już iść, następni czekają. Wieczność wiecznością, ale dużo roboty mam dzisiaj. Lucek chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie zdążył. Św. Piotr zniknął, a na jego miejscu pojawiła się brama z szeroko otwartymi wrotami, zachęcająca do wejścia w jej progi. Nad Bramą wisiał szyld ułożony ze złotych liter:

NIEBO
Sp. z o. o.
Jahwe & Syn

Nasz bohater chcąc, nie chcąc, ruszył przed siebie myśląc, co by było, gdyby pl.soc.religia widziała go w takim upadku.
Uważny czytelnik zda sobie sprawę, że w wyniku pomyłki i modłów braci chrześcijan, nasz bohater Lucek dostał się do nieba. Fakt ten wyda się jednym dziwny i przypadkowy, a innym niesprawiedliwy. innym w końcy wyda się absurdalny. Wierzcie mi drodzy czytelnicy, że wszystko zakończy się pomyślnie.

Niebo było niebieskie, obłoczki bujały w niebiesiech, trawa zielona zapraszała różowe motylki, a drzewa obsypane kwieciem szumiały. Lucka zemdliło. Wytrzymał niebo niebieskie, trawę zieloną, nawet różowego motylka wytrzymał, ale szumu drzew nie wytrzymywał.
- Cholera - powiedział sobie cicho pod nosem, bo zdawał sobie sprawę, że nawet w Niebie, Sp. z o. o., licho nie śpi - już zaczynam tęsknić do mojego ukochanego blokowiska i szumu komputera.
Lucka dobiegł czyjś cichy, smętny śpiew, który nieśmiało przebijał się przez niedyskretne, chóralne zawodzenia anielskie dobiegające z oddali. Znana to była pieśń, zaczynająca się od słów "We are living in a blue submarine...". A i dobiegający fałsz wydawał się znajomy. Pieśń ta nie brzmiała optymistycznie, a wręcz w tym konkretnym wykonaniu bardzo grobowo.
Pod drzewem, w białej sukmanie, siedział znajomy Lucka - Michał - i smętnie śpiewająć podrzucał swoją, zdjętą z głowy, aureolką. Obok Michała wesoło (nie wiedzieć zupełnie czemu) machał ogonem pies. Lucek, na jego widok, podskoczył z radości.
- Nie podskakuj, nie podskakuj. Tutaj nie wypada. - odezwał się smętnie Michaś przerywając fałszowanie. - spodziewałem się ciebie, więc usiadłem pod drzewem i czekam.
- Skąd wiedziałeś, że przyjdę? -zdumienie ogarnęło Lucka.
- No... Ma się jeszcze te znajomości tu i ówdzie -odparł Michał ze skrzywioną twarzą i strzępnął niedbale niewidzalny pyłek ze swojego uniformu.
- Michałku! Powiedz, jak tu jest? Ty zawsze, jak już gdzieś się dostaniesz, to dobrze jesteś poinformowany.
- Zupełnie dobrze, zupełnie dobrze tu jest - jakoś na twarzy Michasia nie było widać entuzjazmu - przyzwyczaisz się. Idzie żyć - mówiąc to Michał skrzywił się niemiłosiernie.
- Wytłumacz no mi Michale, skąd u diabła... - Michał się skrzywił się jeszcze bardziej, co w lot zrozumiał Lucek i poprawił się. - Powiedz mi, dlaczego tutaj jestem? Że ty tu jesteś, to się nie dziwię, ale że ja?
- Jakby ci tu powiedzieć? - na twarzy największego z krzewicieli czumizmu widać było intensywny proces myślowy - Jakby ci to wytłumaczyć...
- Moja babcia się za mnie modliła? -podpowiedział Lucek.
- Nie...
- Krześcijanie z psru?
- Też nie...
- To o co w tym chodzi u diab... - widząc twarz Michasia Lucek urwał.
- No wiesz ... - zaczął cicho znawca czumizmu - Ale jakby co, to ja nic ci nie mówiłem. - zastrzegł się jeszcze ciszej - ... podobno Szefowi coraz to częściej mylą się duszyczki - głos Michała przeszedł w ledwie słyszalny szept.
- No coś podobnego! To Bo... - Lucek nie zdążył dokończyć, bo Michał zatkał mu ręką usta.
- Nie radzę ci wypowiadać imienia tego nadaremno.
- Dlaczego?
- Dlaczego! Dlaczego! - zniecierpliwił się Michał - Ja ci nie wyjaśnię, pobędziesz tutaj trochę, to zorientujesz się. Powiem tylko, że te różowe ochydztwo, co tu fruwa, to taki rodzaj mikrofonu, jak wypowiadasz imię Szefa, to włącza się automatyczne nagrywanie, a tego wolę uniknąć, jeśli mamy sobie jeszcze przez chwilę porozmawiać swobodnie. Poza tym zależy mi na awansie.
- To może wytłumaczysz mi, dlaczego jesteś cały czas taki skrzywiony?
- Bo wiesz, nie tak trochę sobie to wszystko wyobrażałem. Nie żebym narzekał - dodał głośno nie wiadomo, do kogo.
- No co ty?!? Rozrywek nie ma tutaj żadnych?
- No są. Seks bez kobiet, papierosy bez nikotyny i piwo bez alkoholu i bąbelków. - przy słowie piwo Michaś niestety nie mrugnął okiem, choć Lucek z nadzieją obserwował Michasia.
- A trawka inna, niż ta tu, zielona? Trawka jest? - z nadzieją w głosie dopytywał się Lucek porażony tą informacją. - Jest. - Lucek zaczął się uśmiechać, ale nie zdąrzył uśmiechnąć się całkowicie, bo Michał dodał - Ale zapałek nie ma.
Lucek pobladł nieznacznie.Nadmiar złych wiadomości przygiął go lekko do ziemi (a raczej nieba).
- Niepotrzebnie gasiłeś te świce Michał. Zupełnie niepotrzebnie.
- Ano - zadumał się Michaś.
- To może mi powiesz Michale, jakie rozrywki są dostępne w tym całym interesie.
- Ano, wiesz, śpiewanie pieśni, wspólne modlenie się.
- A coś jeszcze jest?
- Jest. Studiujemy Biblię. Od 8.00 - do 10.00.
- Codziennie?
- Codziennie.
- A może telewizja jest? Radio?
- No, radio ma twarz, a telewizja transmituje obecnie po raz 100 imprezę urodzinową papieża.
- I co, jesteś tutaj szczęśliwy?
- Wiesz jestem... muszę.
- Może zostaniesz przez chwilę (a chwila w niebie trwa wieczność moi drodzy czytelnicy) ze mną - zaproponował Lucek Michałowi - zanim te wszystkie wiadomości zaaklimatyzują się w moim mózgu?
- W zasadzie, to mogę - zgodził się chętnie Michał odganiając jednocześnie psa, który łasił się do jego nóg.
I obydwaj zgodnie, nucąc sobie cicho pieśń "We are living in a blue submarine...", jeden fałszując, a drugi pstrykając kciukiem i wskazującym palcem lewej ręki do taktu, ruszyli w stronę niemiłosiernie fałszowanej, dochądzącej z oddali, pieśni anielskiego chóru.
Ten to nadaje się do tego chóru - pomyślał Lucek o swoim koledze, ale tą informacją z Michałem już się nie podzielił.
Obydwaj nie zdawali sobie sprawy, że za drzewem było widać cień notującego, co motyle słyszały, Blagiera. Gdyby ten fakt znany był Luckowi i Michałowi, to nie oddalaliby się tak beztrosko.

==================
Zagadka dla wszystkich:
Dlaczego Michał miał skrzywioną twarz?
A niebawem kolejna część opowiadania. Tym razem na drodze naszego bohatera pojawi się znana postać.

SIONA


mimo upływu już ponad 3 lat ciąg dalszy nie nastąpił... (ab.)


strona głowna