wiersz tyczy się Rewolucji 1905 r.
warto porównać z fragm. "Kwiatów Polskich" Tuwima z poddziału "teksty piosenek i wierszy lewicowych i rewolucyjnych"
(chyba Tuwim się troszkę inspirował "Barykadą")
                     (ab)


K. Przerwa-Tetmajer
BARYKADA

Już czarne, długie, straszne ustawiono działa...
A naprzeciw, w ulicy zuchwale patrzała
barykada, wolności ołtarz i ofiarny
stos... I lud z barykady patrzał niemy, czarny
na armaty, co legły niemym, cichym stadem,
zanim rykną płomieniem i pocisków gradem.
I była chwila ciszy, co w niebo uderza...
Lud słuchał serc żołnierskich pod płaszczem żołnierza,
słuchał serc, w których bije krew rodna ta sama.
Wśród szeregów piechoty otwarła się brama,
wyjechał wódz na koniu z twarzą zimną, bladą
i skinął ku tłumowi obnażoną szpadą,
ku sztandarowi, który czerwieniał na zwale — —
Poddajcie się!...
                     I jedna pieśń trysła w powietrze,
pieśń rozpaczy natchniona, napisana w szale,
pieśń, której grzmot armaty, zda się, na proch zetrze:
                     Nasz sztandar buja nad trony,
                     niesie on ludu łzy, zemsty gniew,
                     przyszłości rzucając siew,
                     a kolor jego jest czerwony,
                     bo na nim robotników krew!...

Wódz cofnął się w szeregi, jeno ponad kaskiem
zamigotała szpada jak płomienia blaskiem
i padł rozkaz, to słowo jedno: Pal!...
                                                  Przy działach
artylerzyści niemi, wyciągnięci w struny
nie poruszyli kroku, tylko dreszcz po ciałach
przebiegł im... Tak zwyczajni są słuchać rozkazu,
że dość im z ust otwarcia poznać cel wyrazu —
dziś stoją niewzruszeni — — milczą dział pioruny.
Wódz spiął konia, ku działom rzucił się jak wściekły:
Buntowniki! Co drugi rozstrzelać was każę!...
Nie ruszyli się z miejsca... Wódz stanął w strzemionach:
Po talarze za głowę!... I żołnierzy twarze
jakąś się brudną barwą ceglaną powlekły,
i dreszcz im znowu przebiegł po sztywnych ramionach,
lecz nie ruszyli z miejsca — — boć tam, za tym stosem,
właśni rodzeni bracia!... Wtem skoczył ku działu
żołnierz o twarzy dzikiej, żółtej, z okiem kosem,
gdzieś urodzony w stepie na ostatku świata —
uderzył w sznur od zamku: ryknęła armata
i ryk na barykadzie głośniejszy od strzału
rozdarł .nieme powietrze... Jak ranione zwierzę
zawyła czerń na zwale i gradem kuł trzasła —
w szeregach padli ranni — — nie czekając hasła
poskoczą ku armatom rozżarci żołnierze:
wre krótki bój. Armatnie kule jak tarany
kruszą wał barykady, krwią jasną zbryzgany,
i zmiatają zeń ludzi, jak huragan strąca
wydarte z korzeniami drzewa z gór krawędzi.
Runęła barykada — — już dowódca pędzi
w błyszczącym kasku, na kształt płomiennego słońca,
i szykuje szeregi, aż przy hucznym graniu
trąb stanęły na gruzach... Trupy, trupy, trupy...
Żołnierz brodził w wyprutych trzewiach, krwi i mózgach
temu się owinęły na kolbie jelita,
ówdzie jakaś dłoń sina z ciał dźwiga się kupy
i w straszliwym piekielnej męczarni konaniu
żołnierza za but krwawy jak szponami chwyta.
Tu ranny porzucony na zwału odrózgach
woła: dobij!... Tam zimny, sztywny, jak szkielety,
wyprężony w ostatniej drgawce trup kobiety — —
w jednej ręce karabin, a w drugiej czerwony
z złamanym drzewcem sztandar, co buja nad trony,
                     niesie on ludu łzy, zemsty gniew,
                     przyszłości rzucając siew,
                     a kolor jego jest czerwony,
                     bo na nim robotników krew...
I żołnierz, co wypalił pierwszy, stanął blady...
Zrodzony kędyś w stepie na krawędzi świata,
on nie miał tutaj ojca, siostry ani brata,
on słuchał tylko wodza podniesionej szpady.
Wściekły, że go przygnano na to mil tysiące,
aby go piersią stawić pod lufy błyszczące,
kiedy mu pokazano tych ludzi gromady
uzbrojone i groźne, tych «wrogów», co chcieli
iść w step, ogniem i mieczem wytracić plemiona
i zagarnąć ich ziemię — zgłupiał na wskroś zrazu,
że wojsko nie wypełnia dowódcy rozkazu,
a potem mu na oczy padła mgła czerwona
i skoczył ku armacie... Oto jego sprawa...
Obok mężów niewiasty, starcy, dzieci prawie...
Ci, z tej ziemi, co złotą pszenicę wydawa,
czegóż mieliby szukać iść w stepowej trawie?
Na cóż mieliby z ziemi tej pełnej ogrodów
zagarniać pustki wiecznych tykające lodów
i jakież by szalone bogi gnać ich miały
we wiatr kości suszący i w zamarłe skały?
Lecz jakież także bogi te starce, te dzieci,
te niewiasty spędziły pod paszcze armatnie?
Któż ten król, co jak drugie ziemskie słońce świeci,
boć tutaj w strzępy darto trzewia rodne, bratnie!
I te w czerwone bruzdy poryte gromady
za co marły, walczyły o co z barykady?
Jakaż świętość im droższą jest nad drogie życie?...

Zrozumiał żołnierz... wiatru mu zagrało wycie
w uszach, wiatru, co stepem niezmiernym przelata,
zda się lecąc od końca w drugi koniec świata...
Zrozumiał żołnierz... w uszach zabrzmi mu rodzinna
pieśń tęskna, długa, z wichrem aż po morze płynna,
błądząca w niezmąconej stepowej martwocie...
Wtem zmilkła, warknął bęben — pobladły kobiety —
u progu chaty stanął człowiek w kasku, w złocie,
za nim ostrza bagnetów jako igły lodu
świecące się, gdy krwawo wstaje słońce wschodu...
Żołnierz spojrzał na wodza swego epolety —
też same... Jak złe gwiazdy, jak pomoru ślepie,
kędy błysną: płacz matek i żon słychać w stepie...
One to, jak harpunu zęby zakrzywione,
łowią synów i mężów i gdzieś w obcą stronę
pędzą, i na niewolę rzucają w szeregi
przegnawszy mil tysiące przez bagna i śniegi,
a precz w stepie, daleko, załamując dłonie,
sieroca Wolność siedzi przy zgasłym ognisku...
I tu musi być wolność! I tu od szlif błysku
muszą matkom i żonom blednąc białe twarze!
I tu wiatr musi latać jak stepowe konie!
I tu muszą bagnety błyskać w progach chaty —
i tu być musi rozpacz — i tu widmo wraże
króla, co do swych ludów mówi przez armaty!

Zrozumiał żołnierz — — spojrzał na ramiona złote
wodza w błyszczącym kasku, z twarzą dumną, jasną,
zdobywcę barykady, wodza-bohatera,
który wojsku dziękował za dobrą robotę
i obiecywał wdzięczność cesarską i własną — —
schyla się, z trupa dłoni karabin wydziera —
i wypalił wodzowi w sam łeb!... Bryzła krew
przyszłości rzucając siew!...


strona głowna